Osieroceni Andi (Roberts) i Bruce (Austin) nie mają szczęścia do rodzin zastępczych - zmieniali je już pięciokrotnie i znów nie trafili najlepiej. Właśnie zamieszkali z parą kiepsko znających się na dzieciach, za to niespełnionych i pozbawionych talentu rockmanów (Lisa Kudrow wraca w pewnym sensie do swej roli w serialu "Przyjaciele", bo znów fałszuje zupełnie jak Phoebe). W mieszkaniu ukrywają przed pseudomuzykami sympatycznego czworonoga o imieniu Friday, aż w końcu znajdują dla niego nowy dom - opuszczony i pełen rupieci hotel, który urządzają po swojemu. Miejsce jest jednak zbyt duże, by poprzestać na jednym psie - pojawiają się więc szybko dwa kolejne, potem trzy następne, aż wreszcie cała psia gromadka razem z paroma nastolatkami pomocnikami.
Psy nie mówią tym razem, ale chwilami bajkowość filmu jest nie do wytrzymania - przypadkowa zbieranina czworonogów siada na przykład grzecznie do kolacji niczym u angielskiej królowej, robi kupki do sedesów (stamtąd - w workach - psie ślady trafiają prosto do śmietnika) i w ogóle zachowuje się, jakby spędziła całe życie u treserów. Film jest jednak nie o treserach (choć ci napracowali się przy obrazie bez wątpienia), ale o poszukiwaniu domu - dla Andi i Bruce'a ten z psami jest oczywiście ważniejszy niż wszystkie tymczasowe, w których przebywali dotychczas.
Trudno się więc dziwić, że z widza co chwilę próbuje się wycisnąć łzy, że nastolatki są tu wrażliwe i dojrzałe, a dorośli bezduszni i głupi, i że psy okazują się mistrzami inteligencji: radzą sobie bez trudu z kratami, pełnymi samochodów ulicami, o miłości (nie mogło zabraknąć psiego romansu) nie wspominając. Trzeba wytrwałości, żeby przez te bajkowo-moralizatorskie natręctwa przebrnąć, i sporej naiwności, żeby uwierzyć, iż chodzące jak w zegarku, sympatyczne zresztą psiaki, faktycznie podczas zdjęć świetnie się bawiły.