Tych, którzy oczekują, że będzie to film muzyczno-taneczny, muszę rozczarować. Owszem, tytułowa rumba odgrywa tu niemałą rolę, ale film nie ma nic wspólnego z takimi przedstawicielami tego gatunku jak np. poświęcone tangu "Cafe de los Maestros" czy (bardziej muzyczne niż taneczne) "Fados", żeby poprzestać na niedawno pokazywanych u nas tytułach. Jest to tragikomedia (a jeśli komedia, to mocno czerniawa) nawiązująca do tradycji kina niemego, a z bliższych nam w czasie autorów - do twórczości Jacques'a Tati. Dialogów jest tu jeszcze mniej niż karnawałowych rytmów.
Największą życiową pasją Fiony i Doma - małżeństwa nauczycieli z prowincjonalnej belgijskiej mieściny - jest rumba. I oto, gdy wracają z kolejnego wygranego konkursu tanecznego, przytrafia im się wypadek, którego skutki okazują się fatalne: Fiona traci nogę, a Dom - pamięć...
Amputacja i amnezja to nie są zapewne typowo komediowe tematy (a to dopiero początek serii nieszczęść!), jednak wesoło-burleskowy ton opowieści jakoś tu nie razi. Autorzy (scenarzyści, reżyserzy i wykonawcy w jednej osobie) zderzają ze sobą życiową tragedię i slapstickowy żart, okrucieństwo i błazenadę - idą w farsę, ale jest to farsa bardzo melancholijna. Humor, jaki tu stosują, rzadko występuje we współczesnych komediach zwykle operujących żartem słownym czy sytuacyjnym - to wizualne gagi, w których fizyczność świata stawia opór człowiekowi, jest jego głównym przeciwnikiem. Niektóre pomysły są strasznie przeciągnięte (przez co ten krótki, 77-minutowy film wydaje się za długi), niektóre wypadają sztucznie (pożar), ale większość jest świeża, dowodząca fantazji i inwencji - kto by pomyślał, że zwykła lekcja gimnastyki na szkolnym boisku, odpowiednio sfilmowana, może być taka śmieszna? Kto ceni w kinie takie ekstrawagancje, niech idzie.