Watchmen. Strażnicy ***

Paweł Mossakowski
2009-03-06, ostatnia aktualizacja 2009-03-05 00:04
4:
4: "Watchmen" - po "300" kolejny film Zacka Snydera oparty na komiksie. Tym razem będzie o superbohaterach.

USA 2009 (Watchmen). Reż. Zack Snyder. Aktorzy: Jackie Earle Haley, Billy Crudup, Malin Akerman, Jeffrey Dean Morgan

Fani komiksu Alana Moore'a i Dave'a Gibbonsa z drugiej połowy lat 80. - według wielu znawców najsłynniejszego w historii gatunku - czekali na jego ekranizację ponad 20 lat, gdyż uchodził za "niefilmowy". To, co dziś otrzymujemy z rąk Zacka Syndera ("300"), zdaje się opinię o "niefilmowości" potwierdzać, choć raczej jest to wina reżysera, nie chcącego uznać różnicy języków - operującego statycznymi obrazami komiksu i ruchomego filmu. W każdym razie, mimo że "Strażnicy" są niemal niewolniczo wierni komiksowemu oryginałowi (wiele ujęć jest tożsamych z rysunkami), to jego autor Alan Moore zdecydowanie się wobec filmu zdystansował.

Sam początek jest świetny: oglądamy błyskotliwą sekwencję obrazów, przedstawiającą alternatywną powojenną historię Ameryki (wojna w Wietnamie została wygrana, Nixon po raz trzeci wybrany prezydentem itd.) dochodzącą do połowy lat 80., gdy rozgrywa się właściwa akcja filmu. A zaczyna się ona od zamordowania "Komedianta" (Morgan), jednego z tytułowych "Strażników" - ekipy superherosów walczących przed laty ze Złem, a obecnie już emerytowanych, wtopionych w cywilne społeczeństwo bądź pracujących oficjalnie dla rządu. Inny zasłużony weteran, w miarę jeszcze aktywny "Rorschach" (Haley z obandażowaną twarzą) próbuje zmobilizować do poszukiwań mordercy swoich dawnych towarzyszy broni (w tym m.in. błękitnego humanoida dr. Manhattana, byłego fizyka, który padł ofiarą niefortunnego eksperymentu w laboratorium). A jednocześnie narasta napięcie między Stanami a ZSRR, i zagrożenie wojną neutronową wydaje się coraz bardziej realne...

Być może dla miłośników komiksów będzie to uczta (duchowa, dla oczu itd.) - dla mnie, człowieka spoza tego bractwa, była to ponad 160-minutowa męka. Dobrze pamiętam, podobne jak w filmie, apokaliptyczne nastroje z tego okresu w Polsce, ale to właściwie mój jedyny z nim łącznik. Z żadnym z jego licznych - zbyt licznych! - bohaterów się "nie poczuwam": ani z lekko psychopatycznym, zwracającym się do widzów z pseudochandlerowskimi monologami "Rorschachem", ani z biednym, zamienionym w chodzącą bombę dr. Manhattanem (pozostałych nie ma nawet co wspominać). Fabuła - która musi "obsłużyć" całą tę gromadkę (nieunikniona przypadłość filmów ze zbiorowym bohaterem) - szybko staje się niespójna i rozstrzelona. Razi też dosłowność aktów przemocy: łamanie kości czy miażdżenie czaszki wygląda na papierze nieco inaczej niż na ekranie, o czym reżyser zdaje się zapominać. W ogóle miłość Snydera do materiału i podyktowana tym uczuciem wierność wobec niego okazała się przekleństwem - taka skrupulatność jest dobra przy balsamowaniu zwłok, ale nie w sztuce. I efekt też daje podobny: martwoty pozorującej życie.



  • ŚwiętaTereso! Mossakowski znów cierpi... bogumil.bogumil 06.03.09, 18:36

    ...bo ktoś mu kazał obejrzeć kino rozrywkowe. A może przegrał jakiś zakład iza karę na film poszedł?»

  • Re: Watchmen. Strażnicy *** kv-2 05.07.10, 10:42

    postać Rorschacha jest najbardziej wyrazista i najbardziej interesujaca, a Jackie Earl Harley zrobił kawał dobrej roboty grając go. Nie wyobrażam sobie kogoś innego na tym miejscu.»