Po ekranizacji książki Neila Gaimana, znanego nie tylko wielbicielom komiksów i literatury fantastycznej, trudno byłoby spodziewać się milusińskiej opowiastki dla dzieci (nawet jeśli "Koralina" to rzecz pisana właśnie dla nich). Film nie straszy jednak nadaremnie, ale w przeciwieństwie do słodkich wyrobów Disneya ładnie oswaja z grozą świata (i grozą własnych wyobrażeń), serwując na dokładkę morał, że nudnawa niekiedy "zwyczajność" i tak lepsza jest niż pstrokata, ale niebezpiecznie złudna baśniowość.
Przekonuje się o tym tytułowa Koralina (mówiąca głosem Dominiki Kluźniak, czyli Emily Elizabeth z "Clifforda"), która po przeprowadzce do nowego domu nudzi się, narzeka na wiecznie zapracowanych przy komputerze rodziców, ale znajduje przypadkiem w 150-letnim, zapuszczonym budynku niewielkie i zamurowane (za dnia) drzwi. Nocą mur znika, a kolorowy tunel prowadzi do "alternatywnego" domu z "alternatywną" wersją taty (ten drugi ma wiecznie dobry nastrój) i mamy (ta w przeciwieństwie do oryginału świetnie gotuje). Wszystko w tym drugim domu jest lepsze i ładniejsze - sypialnia Koraliny, ogród, mieszkający po sąsiedzku rosyjski dziwak (specjalista od tresowania myszy-szczurów) Bobiński - ale też wszyscy mają przyszyte w miejsce oczu guziki.
"Koralinę", wyraźnie inspirowaną "Alicją w Krainie Czarów", od większości współczesnych animacji i bajek wyróżnia odwrócenie perspektywy. Selick zderza tu dziwnie nieruchomy, wyblakły, odpychający świat realny ze światem magicznym, w którym wszystko się rusza, śpiewa i tańczy, ale tylko przez moment. Łaskoczące kwiatki, gdy odegrają przedstawienie, pogrążą się w letargu, piękny teatr wypełniony psami pokryje się kurzem, a po wyjściu z ogrodu natrafić można na białą przestrzeń, puste miejsce, którego wiedźma nie zdążyła zapełnić. To, co najsilniej uwodzi, okazuje się najbardziej podejrzane, a to, co banalne ("kwiatki brzydkie, buraki lepsze!"), ma swój wdzięk, który przegapić najłatwiej.
"Koralina i tajemnicze drzwi" nie jest oczywiście dziełem na miarę "Spirited Away" (choć po prawdzie fabularnie wiele tu podobieństw), ale w zalewie animowanej tandety to jednak szlachetny wyjątek: tradycyjna, poklatkowa metoda wprawiania w ruch lalek, niedisnejowski wygląd postaci, kilka kapitalnych pomysłów wizualnych, a na dodatek ślad nowoczesności, czyli trójwymiarowe efekty (film oglądać będzie można w większości polskich kin w 3D). Nikt tu nie próbuje przypodobać się ani dorosłym (nie ma właściwie słownych żartów czy aluzji tylko dla rodziców), ani dzieciom - grozy jest zresztą całkiem sporo, więc maluchy w wieku przedszkolnym raczej powinny zostać w domu. Co nie znaczy, że dla "niealternatywnych", niebajkowych mam i ojców film nie jest pouczający: obrazki wiecznie zajętych i nieobecnych rodziców, których dziecko w końcu musi ratować, dają do myślenia.