Nagrodzony w tym roku - najzupełniej zasłużonym - Oscarem dokument opowiada o niezwykłym wyczynie, jakiego w 1974 r. dokonał 24-letni Philippe Petit. W pewien mglisty, sierpniowy poranek ten francuski akrobata i performer ośmiokrotnie przespacerował się tam i z powrotem między budynkami Word Trade Center na rozwieszonej między nimi 60-metrowej stalowej linie. Nie trzeba chyba dodawać, że ta przechadzka nad ponad 400-metrową przepaścią odbywała się bez jakiejkolwiek asekuracji.
"Dlaczego pan to zrobił?" - dopytywali się śmiałka dziennikarze, już po ściągnięciu go przez nowojorską policję. Było to pytanie tyleż w tej sytuacji oczywiste, co bezsensowne. "Dlaczego zdobywa pan górskie szczyty?" - zapytano kiedyś słynnego himalaistę. "Bo są" - brzmiała odpowiedź. Podobnej mógłby udzielić Petit. Kierowała nim trudno wytłumaczalna, kompulsywna siła: od momentu, gdy w poczekalni u dentysty przeczytał artykuł o przygotowaniach do budowy najwyższych wówczas budynków świata, wiedział już, że będą czekać na niego. Że właściwie po to zostaną wzniesione. Jego wcześniejsze dokonania (przejście między wieżami katedry Notre Dame czy nad mostem w Sydney) były zaledwie przygotowaniami do właściwej próby, swoistymi preludiami. Jeśli widzieć w Petite artystę, to atak na WTC był dziełem jego życia.
Jednak samemu podniebnemu spacerowi poświęca się tu stosunkowo niewiele miejsca. Jego archiwalny zapis, który pojawia się pod koniec filmu, jest krótki i nie najlepszy technicznie. Oczywiście, widok drobnej, ludzkiej sylwetki wędrującej w chmurach robi wrażenie - także i poetyckim pięknem obrazu - ale główny ciężar filmu spoczywa raczej na przygotowaniach do tej akcji, a nie na niej samej.
A były one żmudne i skomplikowane. Przedsięwzięcie było po pierwsze nielegalne, po drugie niełatwe pod względem logistyczno-inżynieryjnym. Petit musiał mieć więc pomocników, którzy rekrutowali się zarówno spośród jego stałych współpracowników, jak i miejscowych miłośników przygód. Cała ta ekipa tygodniami przemycała na dach sprzęt niezbędny do przeprowadzenia operacji - i to pod nosem, co prawda jeszcze wtedy niezbyt czujnych, ochroniarzy. Rekonstrukcję tych konspiracyjnych przygotowań ogląda się jak znakomity film sensacyjny o napadzie na bank, w rodzaju "Rififi". W napięciu i z sympatią dla poczynań "spiskowców". Popełniali oni przestępstwo, ale, pomijając już jego spektakularność, więcej w nim było psikusa niż groźnego występku.
Łączący "bez szwów" archiwalia, materiały współczesne i "gadające głowy" (wspomnienia starszych o 30 lat uczestników akcji) film jest i efektownym spektaklem, i quasi-thrillerem, i portretem psychologicznym. Opowiada o człowieku, który potrafił pójść za swoim marzeniem - obsesyjnym, ekstrawaganckim i, powiedzmy sobie szczerze, wariackim - i odniósł triumf. Prawie 60-letni dziś Petit - żwawy, rozwibrowany energią i elokwentny - jest przy tym świetnym narratorem: pamięta wszystko, co do najdrobniejszego szczegółu.
Oglądając film, nie sposób zapomnieć o tragicznym losie jego drugiego bohatera - dwóch wież WTC, które 27 lat później zostały "zaatakowane" już zupełnie inaczej, dosłowniej. O zamachu terrorystycznym z 11 września się tu wprawdzie nie wspomina, ale wiemy przecież o nim, i wiedza ta, wraz z obrazem, tworzy bardzo osobliwą, rzadko doświadczaną w kinie mieszankę emocjonalną. Nie sposób w krótkim tekście poddać analizie wszystkich jej składników, ale jeden jest niewątpliwie obecny - nostalgia za utraconą niewinnością.