Pierwsza z dwóch części filmu o słynnym rewolucjoniście opisuje jego, zwieńczone sukcesem, działania na Kubie (druga, której premiera planowana jest dopiero na wrzesień, opowiada o nieudanej próbie przeszczepienia kubańskich doświadczeń w Boliwii). Nie wiem, prawdę mówiąc, czy jest sens oglądać film do połowy, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że ponadczterogodzinna dawka "Che" mogłaby być za mocna nawet dla największych jego wyznawców. Już ta 125-minutowa nie jest łatwa do wytrzymania i chwilami przypomina przedzieranie się przez dżunglę bez maczety.
Porównanie jest o tyle nieprzypadkowe, gdyż głównym zajęciem bohatera i jego oddziału jest tu właśnie maszerowanie przez dżunglę. Oprócz tego "Che" (Del Toro), jako wykształcony lekarz opatruje rany swoich towarzyszy, każe uczyć się czytać niepiśmiennym, astmatycznie pokasłując, wygłasza mowy o prawdzie i sprawiedliwości (brzmiące raczej groteskowo w świetle naszej wiedzy o późniejszych losach Kuby), zarządza egzekucję swoich byłych żołnierzy, którzy w rewolucyjnym uniesieniu gwałcili córki wieśniaków, oraz zdobywa kolejne kubańskie miasta. Militarna kampania przetykana jest czarno-białymi zdjęciami z pobytu Che w Nowym Jorku w 1964, gdzie udziela wywiadów i wygłasza przemówienie na forum ONZ, w którym pada nieśmiertelna kwestia o poparciu Kuby przez "kraje socjalistyczne ze Związkiem Radzieckim na czele".
Soderbergh jest wybitnym reżyserem, więc film, choć pozbawiony napięcia i mocno nudnawy, od strony realizacyjnej jest pierwszorzędny. Stosunkowo mało, szczęśliwie, jest też w nim marksistowskiego bełkotu: Che mówi głównie o chłopskiej nędzy i traktuje rewolucję jako konkretne zadanie do wykonania. Kto jednak chciałby się dowiedzieć, skąd się wziął jego późniejszy kult i dlaczego stał się popkulturową ikoną, której portret w gustownym bereciku ozdabia dziś miliony T-shirtów na całym świecie, raczej się tego nie dowie. Za mało też dowiadujemy się o jego relacjach z inną rewolucyjną wielkością - Fidelem Castro (Bichir), co mogłoby być ciekawe. Perspektywa filmu jest w ogóle bardzo prostolinijna i naiwna, nie inkorporująca naszej wiedzy o tym, co stało się później z rewolucją kubańską. Mnie jednak, oglądając film, trudno było od niej abstrahować i po prostu zapomnieć, jaki to raj na ziemi, trwający do dzisiaj, spółka Castro & Che Kubańczykom zafundowała.