Twórcy "Hanna Montana" zapewniają nas w tytule, że mamy do czynienia z filmem, choć jest to raczej produkt filmopodobny. Bohaterka kontynuacji popularnego disnejowskiego serialu telewizyjnego tytułowa Hanna Montana (Miley Cyrus) prowadzi podwójne życie: jest niby zwyczajną nastolatką, ale jednocześnie - gdy włoży blond perukę - wielką gwiazdą pop, dorównującą sławie Britney Spears. Ponieważ w roli celebrytki z LA zaczyna jej powoli odbijać, roztropny jej ojciec (Cyrus - zbieżność nazwisk nieprzypadkowa; prywatnie tata Miley) zabiera ją do rodzinnego miasteczka w rolniczym stanie Tennessee. Tu Miley ukrywa się przed tropiącym jej wielki sekret dziennikarzem z brytyjskiego brukowca, broni wiejskich terenów przed pazernym deweloperem oraz spotyka sympatycznego blondynka w kowbojskim kapeluszu... Sytuacja wyjściowa jest komediowo płodna, ale twórcy filmu wycisnęli z niej niewiele, a większość gagów jest na poziomie "Kevin sam w domu". Ponadto film jest właściwie o niczym: ujawnienie tożsamości bohaterki nie wydaje się wielkim dramatem; walka z deweloperem dostarcza jedynie pretekstu do zorganizowania dobroczynnego koncertu z jej udziałem; zostają właściwie wątki "miłosne" (owdowiały tatuś też spotyka miłą panią). No i do tego te stare, poczciwe banały, że kariera karierą, ale najważniejsza jest rodzina i przyjaciele, pływające w przesłodzonym disnejowskim sosie, który pasował do kreskówek sprzed II wojny, ale w filmie o współczesnej szesnastolatce jest po prostu mdlący. Straszna w sumie tandeta, ale gdybym był dwunastolatką, uważałbym zapewne zupełnie inaczej.