"Star Trek" jest prequelem serialu nadawanego w latach 1966-69, otaczanego w Stanach Zjednoczonych prawdziwym kultem. Gwiazdami tamtych sezonów serialu byli William Shatner grający kapitana okrętu kosmicznego Jamesa T. Kirka i Leonard Nimoy - pierwszy oficer Spock (ten aktor pojawia się w dość ważnej roli w filmie). W Polsce ten serial był emitowany po latach i dużym zainteresowaniem nigdy się nie cieszył. Tak więc ma u nas pod górkę. Mało kto doceni jego podstawowy atut - lekko autoironiczne pokazanie, skąd wzięli się bohaterowie serialu.
A historia ta wygląda tak. Młody gniewny James T. Kirk (29-letni Chris Pine o aparycji członka obsady "Beverly Hills 90 210) lubi zaczepiać kadetów Gwiezdnej Floty i prowokować bójki. Zauważa go kapitan Christopher Pike (Greenwood), który odkrywa, że chłopak jest geniuszem i synem słynnego pilota. Drażni jego ambicję i nakłania do spróbowania swoich sił w akademii. Kandydatów na pilotów trenuje Spock (ostrzyżony "pod garnek" Quinto, wyglądający kubek w kubek jak Jim Carrey w "Głupim i głupszym") - spiczastouchy pół człowiek, pół Wulkanin, który nie okazuje emocji, choć z racji mieszanego pochodzenia jest zdolny do ich odczuwania. Kirk zaprzyjaźnia się z młodym lekarzem McCoyem (Urban) i czarnoskórą lingwistką Uhurą (Saldana). Podchodzi do egzaminu w symulatorze zaprogramowanym przez Spocka tak, że jest niemożliwy do przejścia - chodzi o to, by kandydatów na pilotów nauczyć pokory, poświęcenia i dokonywania wyboru. Bezczelny młokos odkrywa to, łamie zabezpieczenia programu i dzięki oszustwu wykonuje "misję niemożliwą". Ma za to zostać wylany z akademii ("Nie wierzę w sytuacje bez wyjścia. A poza tym Spock oszukał pierwszy" - tłumaczy), ale przesłuchanie przerywa sygnał SOS z planety Wulkan. Spock jest nerwowy, martwi się o matkę (Ryder). Na pomoc zostają rzucone wszystkie dostępne statki, a kadeci potrzebni są do ich obsadzenia. McCoy przemyca Kirka na pokład wyruszającego w dziewiczy rejs okrętu kosmicznego USS Enterprise. Wkrótce okazuje się, że planecie Wulkan zagraża zagłada szykowana przez oszalałego z bólu po stracie rodziny Romulanina o imieniu Nero (wytatuowany Bana, którego gra aktorska sprowadza się głównie do diabolicznego przewracania oczami i szczerzenia zębów). Zamierza on ni mniej, ni więcej zasadzić we wnętrzu planety... czarną dziurę. Załoga Enterprise musi go powstrzymać. Najpierw jednak Kirk musi powstrzymać Spocka przed wyrzuceniem go ze statku. Ani jedno, ani drugie się nie powiedzie. Ale to wcale nie koniec kosmicznej awantury...
Film wyreżyserował J.J. Abrams, twórca słynnego serialu "Zagubieni", oraz paradokumentalnego filmu katastroficznego "Projekt: Monster". Obie te produkcje były chwalone za oryginalność, czego "Star Trek" raczej nie powinien się doczekać - od "Żołnierzy kosmosu" Paula Verhoevena odróżniają go chyba tylko nowsze o 12 lat efekty specjalne i poczucie humoru (polecam scenę, w której początkujący sternik "Enterprise" próbuje wystartować, mając zaciągnięty kosmiczny odpowiednik hamulca ręcznego, oraz tę, w której nawigator Paweł Czechow usiłuje poradzić sobie z anglojęzycznym systemem identyfikacji komend głosowych). Dialogi są ponadto zabawne w sposób raczej nieplanowany - na nieoczekiwaną czułość ze strony Spocka piękna Uhuru namiętnie obiecuje: "Będę monitorować twoje odczyty".