W tym rewelacyjnym spotkaniu kina i literatury, które równie wiele zawdzięcza Andrzejowi Stasiukowi, jak i późnemu debiutantowi (w fabule) Dariuszowi Jabłońskiemu, słowa padają rzadko, ale jeśli już, to zawsze celne. "Najważniejsze, żeby bydlątko się nie bało: zła robota - kiepskie mięso, śmierdzi strachem" (o pracy rzeźnika); "Kurzymy tu, ale dmuchamy tam" (o papierosach palonych w miejscu zakazanym); "Jak nie myślę, to chyba wierzę, ale jak zaczynam myśleć, to nie wiem" (o tym, czy jest niebo). I nawet jeśli podobnie soczyste zdania wypowiadają w filmie upojeni winem truskawkowym niepotrzebni traktorzyści czy nietypowi złodzieje drewna (co mądrzejsze klacze potrafią kraść same), trudno - właśnie na wiarę - ich nie przyjąć.
W ten galicyjski, Stasiukowy mikroświat, w którym kobiecość ma kształty miejscowej piękności Lubicy (Fialová), telefony są tylko trzy (na komisariacie, u proboszcza i - niedziałający - u sołtysa), a w przesądy wierzą nawet księża ("Podobno w kościele człowiek się nie starzeje"), zaplątuje się przybysz z zewnątrz. Poharatany przez życie Andrzej (świetny Jirzi Machácek), policjant zesłany sam przez siebie do wiejskiej dziury w Beskidzie Niskim. "Co ja wam do roboty?" - martwi się od razu jego przełożony, po czym zleca patrol w terenie na służbowym rowerze z czasów, zdaje się, odległych. Jeśli Andrzej wierzył w ogóle w sielskie życie na przaśnej i zachwycająco pięknej prowincji, to szybko musi tę wiarę stracić. Czy nie w momencie, kiedy rubaszna Lubica po romantyczno-namiętnych uniesieniach odsłania zaskakująco nierubaszną, przenikliwą twarz?
"Ledwo przyjechałeś, a popełnialność wzrosła: na szczęście wykrywalność również" - mówi szef Andrzeja, gdy w mieścinie popełnione zostaje morderstwo. Zdradzany mąż (jedna z najlepszych ról Mariana Dziędziela) zabija kochanka (niezwykła, choć epizodyczna rola Roberta Więckiewicza) żony. I - jak tłumaczą miejscowi Andrzejowi, który poczuwa się do winy - on sam nie mógł niczemu zapobiec: jak sobie Kościejny coś postanowił, tak zrobił. Mówią z uśmiechem znad butelki truskawkowego erzacu, ale przecież śmierci nikt tu nie lekceważy, nikt śmiać się z niej nie ma odwagi.
Mroczny, z detalami, oszczędnie i na chłodno, choć nie bez zachwytu oglądany beskidzki kosmos w "Opowiadaniach galicyjskich" w filmie Jabłońskiego zyskuje tragikomiczny czar, jaki znamy z czeskich komedii o małych wioskach czy z filmów Kondratiuka i Barańskiego. I w książce Stasiuka, i w filmie Jabłońskiego jednak ten kosmos ma w sobie ciężar, coś, co wykracza poza świat materialny.
"To są rzeczy niepojęte i muszą takie być" - mówi traktorzysta bez pracy. O duchach. Jeden z nich - zagubiona dusza miejscowego pijaczka tęskniąca za smakiem papierosa i świniobiciem - pojawia się ni stąd ni zowąd temu, który mówi, że "nie wierzy w Boga, a przynajmniej nie za bardzo". Trąci to głupawym żartem, ale rewelacyjność "Wina truskawkowego" na tym właśnie polega, że ten duch nie dziwi nie tylko Andrzeja. Po prostu jest - trzeba mu pomóc, a przy okazji coś może ugrać dla siebie (czy raczej dla ziemskiej sprawiedliwości).
Reżyser nie tylko znakomicie przełożył słowa (wyjątkowej klasy opisy Stasiuka) na obrazy (i uwodzicielskie dźwięki Michała Lorenca), nie tylko znakomicie uchwycił przaśno-metafizyczny klimat "Opowieści ", ale też zachował do swoich bohaterów pijaczków i ich świata dystans. Jabłoński doskonale wie, że opowiada mit, że pokazuje nie rzeczywistość, ale to, jak ktoś (Andrzej?) na nią patrzy. Zrobione z imponującą lekkością, zabawne "Wino truskawkowe" niby wszystkie zagadki na koniec odkrywa, ale jednak nie daje spokoju, uwiera jakąś melancholijną czy może realistyczno-magiczną nadświadomością. Świetne kino - aż trudno się nadziwić, że na swoją premierę musiało czekać aż dwa lata.