"Najpierw ona mi powiedziała, że ma dwie wiadomości dobrą i złą" - tak zaczyna się książka Doroty Masłowskiej i tak zaczyna się film. Tyle że w książce mówi to Silny, a w filmie, znakomitym zresztą, który ma szansę stać się dla całego pokolenia obrazem kultowym - Masłoska. Zakapturzony demiurg z wadą wymowy, który najpierw podpowiada zdziwionemu Silnemu słowa jak sufler, a potem duka w policyjnym ubraniu, że cały świat to tylko "styropian tektura i wata szklana".
Taki właśnie jest film Xawerego Żuławskiego: niby wszystko prawdziwe, ale od początku do końca wymyślane. Niby brudne majtki, krew rozdziewiczonej Angeli i tryskające fontanną rzygowiny, ale tak naprawdę "tektura i wata szklana". A może jedno i drugie? Żuławski znalazł oczywiście kapitalny pomysł, żeby językowe szaleństwo Masłowskiej przełożyć na kino: skoro z genialnie skrojonego słowotoku Silnego ciągle przebija nadświadomość autorki, to ona w filmie jest tą, która rozdaje karty, na gorąco swoich bohaterów wymyśla, "odpływa" nawet na maturze. Ale w filmie nie chodzi tylko o prosty cudzysłów - oglądając kolejne scenki z życia Silnego, razem z nim odbywamy przecież mentalną podróż doniewiadomokąd. Im bliżej końca, tym bardziej odjechaną, jakby jego świadomość (czy podświadomość) rozdęła się jak balon i szukała ratunku: "Żeby się chociaż jedna uczciwa osoba znalazła, która powie mi, kurwa, prawdę. Czy żyję?".
To pytanie zadaje sobie Silny, fantastycznie grany przez Borysa Szyca - ciągle na granicy szarży, ciągle między "dresem" i zaskakująco świadomym narcyzem. Równie dobrze mogłaby jednak zadać je sobie Angela (Strzelecka), dziewczyna wydmuszka deklamująca kolejne ideologiczne frazesy wyrzucane jak kamienie, którymi wymiotuje do wanny. Albo Magda (Gąsiorowska), miejscowa puszczalska w stylu disco, która tak samo nieautentycznie płacze i śmieje się. A nawet Ala (Prus), poukładana kujonica w okularach, która jednak "nie dostała się na zarządzanie i marketing z braku miejsc". Może tylko Natasza (brawurowa Sonia Bohosiewicz - chapeau bax!) wie, na czym stoi, ze swoim wrzaskiem i wyglądem zapaśniczki rozpycha się po życiu łokciami. A może chce coś zakrzyczeć? "No, przytul" - mówi przecież nagle do Silnego, chociaż chwilę później bez ceregieli wydusi od niego (dosłownie), gdzie schował dragi
Fabuły streścić się nie da, bo - chwała Bogu - w zasadzie jej nie ma. Są tylko coraz dziwniejsze spotkania Silnego, którego właśnie rzuciła Magda ("żeby jeszcze mi to powiedziała w szczere oczy, ale stało się inaczej, tak że ona powiedziała mi to przez Arletę"), z kolejnymi dziewczynami, coraz dziwniejsze rozmowy (również z własnym przyrodzeniem), coraz dziwniejsze bójki (fantastyczna, baletowa niemal scena starcia z Lewym granym przez Michała Czerneckiego). Jakby wszystko działo się nie tylko w głowie Masłoskiej, ale i w głowie Silnego zagraconej strzępami zasłyszanych gdzieś zdań, przeżytych czy obejrzanych scenek. W mentalnym świecie Silnego Magda musiała się więc przespać z jurorem, żeby wygrać konkurs piękności, porządna Ala symuluje podczas niewinnej rozmowy seks, a wszędzie czają się Ruscy, którzy "brata mu porwali, starą mu zgwałcili i psa otruli"
Trzeba przyznać, że Żuławski ładnie zresztą swoich bohaterów broni: jego film to nie paszkwil na "dresiarską" mentalność, ale obraz zaśmieconej mentalności polskiej, brawurowy portret ludzi, których życie "rozsypało się na czynniki pierwsze, włosy gdzie indziej, torebka gdzie indziej, kiecka na prawo, kolczyki na prawo". Jak pisała Masłowska: "Może to, co tu leży w łóżku, to jest tylko mój przedstawiciel na Polskę, może to tylko taka moja demówka?". Żuławski nie nadyma się jednak, nie stawia żadnych tez. Widać, że razem z aktorami miał z filmu autentyczną frajdę i - w porównaniu z debiutanckim "Chaosem" - wykonał ogromny reżyserski skok. Ogromną frajdę sprawia też "Wojna " widzowi - będzie być może, jak kiedyś "Rejs", oglądany po kilka razy, a niektóre dialogi mogą wejść do słownika nastolatków i nie tylko. "Wojna " - jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat - ma przecież wszelkie szanse, by stać się w kinach hitem nie mniejszym, niż była parę lat temu w księgarniach książka Masłowskiej. Czego zresztą życzę.