Konwencjonalny, nie do końca spójny, ale całkiem przyzwoity thriller polityczny będący amerykańskim remakiem krótkiego serialu telewizyjnego nadawanego przez BBC sześć lat temu. Jest w nim coś sympatycznie staroświeckiego, odwołującego do filmów tego gatunku z lat 70., typu "Trzy dni kondora" czy "Wszyscy ludzie prezydenta" - mówię rzecz jasna o kolorycie, nie o jakości. Nieco nostalgiczny jego charakter podkreśla też postać głównego bohatera, oldskulowego dziennikarza, ostatniego Mohikanina prasy papierowej wypieranej przez wydania internetowe. Być może jest to w ogóle ostatni film, w którym pada kwestia: "Wstrzymać druk!". W kolejnych zastąpi ją: "Na razie nie klikaj".
Owego weterana nazwiskiem McAffrey, reportera śledczego waszyngtońskiego dziennika, gra Russell Crowe - i jego tutejsza ekranowa prezencja będzie stanowić nie lada wyzwanie dla miłośniczek urody tego aktora. Crowe jest roztyty, baryłkowaty, nosi długie, nie całkiem domyte włosy i ogólnie wygląda jak jaskiniowiec, ale to on "trzyma" film. Można się tylko cieszyć, że Brad Pitt nie przyjął jego roli.
McAffrey - chodzący własnymi drogami, niechlujny, zaniedbany, jeżdżący rozklekotanym saabem, mieszkający w zabałaganionej norze, będący za pan brat z połową policjantów w mieście - prowadzi dziennikarskie śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci współpracownicy ambitnego kongresmana Collinsa (Affleck), przewodniczącego komisji badającej działalność szemranej agencji ochrony Pointcorps robiącej złote interesy na wojnie z terroryzmem. Ponieważ zabita pod kołami metra dziewczyna była kochanką (żonatego) Collinsa, media mają używanie, spekulują o samobójstwie z miłości itp. bzdurach i tylko McAffrey wpada na raczej oczywistą myśl, że śmierć ta raczej musiała mieć coś wspólnego z jej riserczerską pracą wokół podejrzanej agencji (tzw. kompleks militarno-przemysłowy był zawsze etatowym schwarzcharakterem w tego typu filmach). Jego sytuacja zawodowa jest jednak nieco dwuznaczna - był kiedyś najlepszym kumplem atakowanego polityka (w co jakoś trudno mi uwierzyć, nie tylko ze względu na różnicę ośmiu lat dzielącą obu aktorów), a także romansował z jego żoną (Wright Penn).
Nie wszystko przebiega tu tak schematycznie, jak początkowo można oczekiwać, "Stan gry" przynosi kilka niespodzianek, choć finałowy zwrot akcji wydaje się naciągany i lepiej jego logiki nie analizować. Trochę brakuje też w nim poczucia zagrożenia - jedna mocna scena na podziemnym parkingu to trochę za mało, abyśmy bali się o bohaterów. Film ogląda się jednak dobrze, zarówno dzięki świetnemu aktorstwu (Crowe'a, ale też Helen Mirren jako cierpkiej redaktorki prowadzącej i Jasona Batmana jako oślizgłego PR-owca), jak i lekko melancholijnej atmosferze końca pewnej epoki w dziennikarstwie. Stary dinozaur McAffrey sprzymierza siły z młodą blogerką operującą online (McAdams) i choć starcie tych dwóch pokoleń żurnalistów, ich odmiennych optyk i etyk, nie przynosi rewelacji, to oboje miksują się na ekranie całkiem przyjemne. No i nie dochodzi między nimi do romansu, co też filmowi zaliczam na plus. Duży plus.