Pięć miesięcy po śmierci żony, która zginęła w wypadku samochodowym pod Chicago, profesor kulturoznawstwa Joe (Firth) zabiera swoje dwie córki - 10-letnią Mary (grająca już w "Kill Bill 2" Haney-Jardine) i 16-letnią Kelly (Holland) - do Genui. Otrzymał właśnie posadę wykładowcy na tutejszej uczelni, ale to oczywiście tylko pretekst - właściwym celem wyjazdu jest zmiana otoczenia i otrząśnięcie się z osobistej tragedii. Piękne włoskie miasto wydaje się być do takiej rodzinnej psychoterapii stworzone (zwłaszcza że mamy słoneczne lato), ale nie przebiega ona łatwo. Zbuntowana Kelly zaczyna niebezpieczne flirty z młodymi Włochami lubiącymi nocne jazdy na skuterach, dręczonej poczuciem winy Mary (która miała swój udział w spowodowaniu wypadku) zwiduje się duch zmarłej matki, zaś owdowiały Joe wodzony jest na pokuszenie przez urodziwą, a zalotną studentkę
W tym smutno optymistycznym filmie (zdradzającym pewne podobieństwo do "Nie oglądaj się teraz" Nicolasa Roega z 1973 roku) za wiele się nie dzieje, jednak Winterbottomowi udało się wprowadzić tu podskórne napięcie i zbudować atmosferę niepokoju tak sugestywną jak w całkiem niezłym thrillerze. Pomaga w tym Genua ze swoim labiryntem wąskich, zacienionych uliczek, w których łatwo zabłądzić. Pomaga też naturalistyczny, paradokumentalny styl brytyjskiego reżysera trzymającego się kamerą bardzo blisko swoich bohaterów. I choć niby wiemy, że kolejna tragedia nie ma prawa już się zdarzyć (tak doświadczony filmowy kucharz nie wkładałby drugiego grzyba do barszczu), to i tak dajemy się zwieść aluzyjnemu zagrożeniu i zaszczepić w sobie przeczucie zbliżającego się nieszczęścia. W tym sensie "Genua..." jest nie tylko filmem o pogodzeniu z nieodwracalną stratą i odbudowywaniu roztrzaskanego życia, ale też zapisem lęków samotnego ojca, który nie ma już z kim dzielić się odpowiedzialnością za dzieci.
Ten kameralny dramat rodzinny zapewne spotka się z wieloma zarzutami: a to, że banalny, a to, że - wbrew tematowi - błahy, a to, że pozbawiony dramaturgii i "lecący klimatem", a to, że wstawki z magicznego realizmu rodem stanowią w nim obce ciało itd. W każdym z tych zarzutów jest coś na rzeczy, ale i tak film działa, a Winterbottom udowadnia nim, że jest jednym z najbardziej wszechstronnych reżyserów współczesnych.