Gdyby oglądać ten film z zamkniętymi oczami, byłby całkiem znośny - wypełniająca go muzyka electro może zadowolić nie tylko fanów gatunku. Ale zbudowana wokół niej historia jest nudna i bezsensowna.
Jej bohaterem jest kompozytor i DJ o bezpretensjonalnym przydomku "Ickarus" (Kalkbrenner) robiący - według jego własnych słów - "zaj...stą muzę" i przygotowujący właśnie materiał na kolejną płytę. "Icka" zażywa, niestety, mnóstwo narkotyków (czego nie pochwala jego dziewczyna i menedżerka w jednym, Mathilde) i po wyjątkowo ostrym "dragu" ląduje na oddziale psychiatrycznym. I nie jest tu zdyscyplinowanym pacjentem
Wszystko to widzieliśmy w dziesiątkach filmów o "przeklętych artystach", ze szczególnym uwzględnieniem muzyków - twórczość i szaleństwo, narkotyki i przygodny seks, szarpanina z odchodzącą i wracającą dziewczyną itd. Tu na dodatek te zużyte klocki ustawione są nieporadnie i w niekonsekwentny wzór: czy mamy życzyć "Icky'emu", aby wyleczył się z psychozy, czy też solidaryzować się z jego gówniarskim buntem przeciw prowadzącej go lekarce, mającej być kimś w rodzaju siostry Ratched z "Lotu nad kukułczym gniazdem"? Liczne odniesienia do filmu Formana robią tu wrażenie niesmacznej parodii.
Jedyne, co się tu broni, to aktorstwo Kalkbrennera. Ten znany berliński muzyk jest także utalentowany aktorsko i jak na naturszczyka gra rewelacyjnie - szkoda tylko, że w tak słabiutkim filmie.