"Gdzie jedziemy?" - pyta w jednej z pierwszych scen, w ciężarówce przewożącej nielegalnie imigrantów z Meksyku, główny bohater Pedro (Espindola). "Do Nowego Jorku" - słyszy w odpowiedzi, co brzmi trochę jak: do raju. Tyle że w błyskotliwym debiucie argentyńskiego reżysera Christophera Zalli ten nowojorski raj przypomina mroczny labirynt, który nie prowadzi do żadnego "american dream".
Ufać nie można nikomu, nawet wśród "swoich" - Pedro już na wstępie zostaje okradziony i pozbawiony rodzinnej pamiątki: listu zmarłej matki, dzięki któremu miał odnaleźć w Stanach swojego ojca. Po Nowym Jorku porusza się więc po omacku, ale nie jest wyjątkiem: czy jego przyjaciółka Magda, która doskonale wie, gdzie kupić kolejną działkę i jak łatwo na nią zarobić, nie okazuje się tak samo pogubiona jak Pedro?
Jest też Juan (Hernandez), ten, który Pedra okradł - to on zjawia się pod drzwiami Diega (Ochoa) i twierdzi, że jest jego synem. "Jesteś za ładny i za młody" - słyszy w odpowiedzi, ale odtrącony zostanie tylko na chwilę. Mityczny ojciec, który rzekomo świetnie urządził się w Ameryce, w rzeczywistości pracuje na zmywaku. A syn - prawdziwy czy fałszywy - przypomina mu co prawda niechętnie wspominaną przeszłość, ale jest też powodem stopniowo rodzącej się dumy: skoro Diego ma syna, wreszcie coś osiągnął.
W dusznym, ciemnym, nowojorskim piekle każda tożsamość jest na chwilę, każdy życiorys przypomina raczej kreowaną na potrzeby konkretnych okoliczności legendę. Podtytuł filmu "krew z krwi" brzmi więc ironicznie - w filmie Zalli zaskakująca bliskość połączy tych, którzy krwią spokrewnieni nie są: starzejącego się samotnika-dziwaka i wychowanego na ulicy, wiecznie uciekającego pseudomacho. Obaj chcieliby chyba wierzyć, że są rodziną: może po to, żeby wyrzucić z siebie wszystko to, czego wykrzyczeć dotąd nie mieli komu?
Trzeba przyznać, że argentyński reżyser nagrodzony Grand Prix w Sundance i w Toruniu na Tofifest świetnie bawi się w filmie formą i narracją: błyskotliwie splata zazębiające się wątki, spotyka swoich bohaterów i pozwala im się mijać, ale wyzbywa się pokusy patetycznej, happyendowej puenty. Nawet jeśli ta historia o wyjściu z dzieciństwa do dorosłości i nieuchronnej utracie złudzeń, po raz kolejny rozliczająca się z "american dream", nie jest przesadnie oryginalna, łatwo podczas seansu o tym zapomnieć: przyglądamy się zresztą nie tyle perypetiom meksykańskich imigrantów na obczyźnie, co raczej ludziom bezradnie próbującym przeżyć swoje "z dnia na dzień". W jednej ze scen młodego chłopaka goni ze szczotką wykrzykująca po polsku kobieta - w Ameryce nikt nie jest, zdaje się mówić Zalla, u siebie, wszyscy są tylko gośćmi. Czy tylko w Ameryce?