W kolejnej odsłonie tryptyku Jacka Bromskiego białostockie krajobrazy są piękne, kobiety obdarzone hojnie, a nieszczęście zwiastują siły wyższe: gdy nad tę "wieś spokojną, wieś wesołą" nadciąga zło, kościelny dzwon fałszuje niemiłosiernie, "jakby mu serce miało zaraz pęknąć". W Królowym Moście reguły rozłożone są zresztą w sposób jasny - rację ma tu zawsze miejscowy proboszcz (Dzierma), istny mędrzec w sutannie, który to zgani, to pochwali, a rzekomo filozoficzną naturę udaje nawet przed Matką Boską: jego zwierzenia przed kapliczką to jednak zestaw irytujących, a na dodatek recytowanych mechanicznie frazesów.
Gdzie w tej idyllicznej krainie czai się zło? W tym, co płynie z zewnątrz - w amerykańskim, brudnym stylu kampanii wyborczej (właśnie szykują się we wsi wybory na nowego burmistrza) i w "Gruzinie" (jakże by inaczej), który razem ze swoją mafią zaczyna terroryzować mieszkańców. Co prawda to "swoi" tłuką tu politycznego rywala, ale nawet proboszcz dziwnie tego rodzaju aktów przemocy nie potępia. Przemoc przecież czasem jest niezbędna - wie o tym ksiądz, wie o tym również niejaki Bocian (Kamiński), który z bandyty przeistoczył się w aniołka, by wreszcie zabawić się w westernowego szeryfa w groteskowej scenie wymierzania sprawiedliwości
Nawet jedyna w filmie postać, która zapowiada się nieźle - instruktorka z miasta, która ma uczyć miejscowych policjantów obsługi komputera (na sucho) - szybko zostaje przez scenarzystę odarta z osobowości: dumna, waleczna, feministyczna w pierwszych chwilach ni stąd, ni zowąd zmienia się w szczebioczącą idiotkę. W "U Pana Boga za miedzą" jest bowiem miejsce wyłącznie na grubo ociosane ludzkie typy, a fabuła w wirtualnym świecie Królowego Mostu toczy się od jednej nielogiczności do drugiej.
Co pozostaje? Charakterystyczny dźwięczny zaśpiew w dialogach i urokliwe zdjęcia Ryszarda Lenczewskiego. O scenariuszu lepiej nie wspominać: film świetnie sprawdzi się w telewizji, bo formatem dopasowany jest do poziomu "Plebanii" czy "Rancza Wilkowyje". Zgrozą są już natomiast żarty - tak toporne, że nawet żądna rozrywki publiczność z popcornami w ręku na pokazie premierowym reagowała na nie znaczącym milczeniem.