Oryginalny tytuł filmu lepiej oddaje jego treść: skupia się on bowiem na tym okresie życia swojej tytułowej bohaterki, gdy jeszcze nie była słynną, "rewolucyjną" projektantką mody - była Coco "przed" Chanel. Przyznam, że takie wybiórcze podejście całkiem mi odpowiada: w filmach biograficznych nie muszę śledzić całości czyjegoś życia, od pierwszego krzyku po ostatnie tchnienie - wystarczy mi kilkuletni, syntetyczny skrót, w którym widać cienie przeszłości i zarys przyszłości. To, że Coco Chanel zrobiła wielką światową karierę, wiemy bez wchodzenia do kina. Tu dowiadujemy się, co ów życiowy wzlot poprzedziło.
Film zaczyna się od kilkuminutowego prologu rozgrywającego się w przyklasztornym sierocińcu, do którego, jeszcze jako mała Gabrielle Chanel, nasza bohaterka trafiła wraz ze swoją siostrą Marie. Następnie widzimy ją już jako młodą, energiczną kobietę (Tautou w najlepszej od czasów "Amelii" roli) pracującą w ciągu dnia jako krawcowa, a wieczorem dorabiającą jako szansonistka w prowincjonalnym kabarecie (gdzie wykonywała m.in. piosenkę "Coco na Trocadero"). Tu właśnie poznaje bogatego i ustosunkowanego arystokratę Balsana (świetny Poelvoroorde) i wkrótce, zostawszy jego kochanką, przeprowadza się do jego pałacu. Choć jednak obraca się w świecie luksusu, jej sytuacja wcale nie jest komfortowa: jest tylko metresą, a Balsan szybko daje jej do zrozumienia, że na nic więcej nie może liczyć. Przebywając jednak na co dzień w towarzystwie bogatych próżniaków i ich nałożnic, zdobywa swoje pierwsze klientki, a także spotyka przystojnego angielskiego przemysłowca (Nivola), największą miłość swojego życia
Jaka osoba wyłania się z ekranu? Bardzo bystra, nieco szorstka w obyciu, ambitna, choć początkowo nie całkiem wiedząca, jak swoją ambicję ukierunkować. Bardzo chciała być niezależna (widziała na przykładzie własnej matki, jak się może skończyć uzależnienie kobiety od mężczyzny) i bardzo chciała pracować - co jej otoczenie przyjmowało ze szczerym rozbawieniem. Wyrafinowanie prosty i funkcjonalny styl ubierania się, jaki wylansowała, był czymś więcej niż estetyką: odrzucenie wszystkich tych fikuśnych ozdóbek, kwiatuszków i falbanek, jakimi obwieszały się współczesne jej kobiety, było też odrzuceniem roli, jaką wyznaczyła im kultura (miały przede wszystkim podobać się mężczyznom) - było dosłownym i metaforycznym uwolnieniem od gorsetu i symbolicznym zrównaniem statusu obu płci. Ciekawe jest też to, że inspiracje do swoich pierwszych projektów czerpała z doświadczeń wyniesionych z katolickiego sierocińca - w swojej surowości bardzo przypominają one habity zakonnic. Jej stosunek do mężczyzn nie był wolny od interesowności, ale nie opierał się też wyłącznie na chłodnej kalkulacji (bardzo ciekawie z tego punktu widzenia zostaje tu przedstawiony związek z Balsanem, w którym z czasem zmienia się układ sił). Opowiadający o tym wszystkim film jest solidny i zrealizowany ze smakiem. Nie porywa, ale i nie nudzi.