Jest to w jakiejś mierze produkcyjniak w swej głupocie mistrzowski. Pierwsza głupota - niejakiemu Cheliosowi (Jason Statham role z serii "zabili go i uciekł" opanowane ma, przyznać trzeba, do perfekcji), który spadł z helikoptera i oczywiście przeżył, Chińczycy wycinają na żywca serce, spluwają do otwartej rany i nie tyle instalują, ile wkładają po prostu zastępnik z akumulatorem wyglądającym jak z innej epoki - jest tylko wstępem do głupot kolejnych, coraz bardziej pozbawionych choćby śladu sensu. Chelios, przerażony tym, że mają go też pozbawić męskości, bez trudu oczywiście wydostaje się z rąk porywaczy, co jakiś czas doładowuje się elektryką lub seksem na środku stadionu (pocieranie dobre na wszystko) i cały czas szuka tego, kto trzyma jego - jak to z wdziękiem nazywa - "truskawkowe ciasto".
Motywem przewodnim jest tyłek (sposób Cheliosa na wydobycie informacji: wsadzić tam facetowi karabin) i krocze (miażdżone w przeróżnych konfiguracjach), rolę słowa klucza pełni krwiste "fuck", a w funkcji wizualnego ozdobnika występują damskie biusty, względnie odcięte - ale już męskie - głowy. Niby wszystko jest nie na serio, bo zaczyna się od komputerowej gry, niby histeryczny montaż ma być cudzysłowem dla tej niespełna półtoragodzinnej, tryskającej kolejnymi idiotyzmami nawalanki, ale po obejrzeniu filmu przyszła mi do głowy tylko bardzo niepedagogiczna rada dla ewentualnych śmiałków gotowych oglądać "Adrenalinę 2" w kinach: na trzeźwo nie rozbieriosz