Gdyby znalazł się widz, który żadnej z pięciu poprzednich części "Harry'ego Pottera" nie widział, po "Księciu Półkrwi" mógłby westchnąć ze zdumieniem: o co tyle krzyku? Film zrealizowany przez Davida Yatesa przypomina bowiem odcinek mało oryginalnego serialu familijnego, tyle że z większym budżetem i lepszymi efektami specjalnymi.
Wielka wojna śmierciożerców z czarodziejami wciąż wisi w powietrzu - czarny charakter Voldemort nie odpuszcza, Bellatrix Lestrange (Bonham Carter) przeraża nie tylko swoim demonicznym wyglądem i chichotem, a morderczą misję otrzymuje Draco (Felton), który w Hogwarcie, szkole czarodziejów, pełni funkcję Konrada Wallenroda. Ten potomek Malfoyów z wiecznym grymasem na twarzy zostaje wybrańcem złych mocy, dzięki czemu może leczyć kompleksy przy szkolnym pupilku Harrym Potterze, czyli wybrańcu szlachetnym. Na razie Potter próbuje jednak poznać tajemnicę Voldemorta, czyli Toma Riddle'a: a to parę razy w poszukiwaniu przeszłości zanurzy głowę w czarodziejskiej misie z wodą, a to wydobędzie wstydliwe fakty od sympatycznego profesora od eliksirów, a to wybierze się wreszcie z dyrektorem Hogwartu na tajną i niebezpieczną misję
Dla tych, którzy w meandrach fabuły mogą się nieco pogubić (co typowe dla seriali, również kinowych), pozostaje wątek młodzieńczych wzdychań i miłosnych zawodów: Hermiona (Watson) czuje miętę do Rona (Grint), w Ronie zakochuje się namolna Lavender ze sposobem bycia piskliwej pensjonarki, a i Potter (Radcliffe) szczęśliwy w uczuciach nie jest, więc gdy zazdrosna Hermiona zalewa się łzami, słyszy od Harry'ego: "tak właśnie się czuję". Ten zatrważająco wręcz przenikliwy portret dojrzewania okraszony jest oczywiście - przebywamy przecież w szkole magii - efektownymi błyskotkami: do akcji wkraczają eliksiry miłości tudzież zaklęcia rzucane w czasie meczu quidditcha i aż strach pomyśleć, jak głębokie psychologiczne dylematy bohaterowie przeżywać będą w części kolejnej
Co ciekawe, ponad dwie godziny tego nużącego, rozlazłego narracyjnie i jakby pozlepianego z drugorzędnych wątków filmu upływa głównie na czekaniu: kiedy coś się wydarzy? Ale gdy już-już zapowiedź ma się ziścić, z ekranu płyną napisy końcowe. To, że Amerykanie potrafią sprawnie robić superprodukcje, wiadomo od dawna. To, że w nudnawym filmie o magii pojawiają się efektowne zniszczenia i tak oryginalne przedmioty jak znikająca szafa, też jakoś specjalnie nie dziwi. No właśnie: więc o co tyle krzyku?