Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Kotu też - a to właśnie kota dostaje w spadku po ojcu młynarzu niejaki Piotruś, podczas gdy jego bracia otrzymują rodzinny młyn. Kot umie (i lubi) gadać, nosi szykowne buty, dzięki którym porusza się w magiczno-błyskawicznym tempie, nie grzeszy skromnością i jak ryba w wodzie czuje się zarówno na salonach, jak i w pubie przy kuflu piwa. A na salonach właśnie ma do odegrania niebagatelną rolę - chce pomóc ubogiemu synowi młynarza w zdobyciu ręki królewskiej księżniczki.
Jeśli jest coś "prawdziwego" w "Prawdziwej historii kota w butach", to jest to... portret dwóch rodzin, które tak samo toksyczne mogą być wśród plebsu (bracia Piotrusia zrobią wszystko, by chłopakowi pokrzyżować plany romansu z pięknie śpiewającą arystokratką), jak i na zamku władców - tu rządzi niepodzielnie jakby zawsze lekko wstawiona królowa, która wydaje rozkazy mocnym głosem Maryli Rodowicz i całkowicie ignoruje zdanie męża (wiecznie przebywającego w objęciach Morfeusza), tudzież dorastającej córki, która z plebsem bratać się lubi.
Trzeba przyznać, że autorzy polskiej wersji językowej postanowili zaszaleć - mnóstwo tu żartów i aluzji współczesnych („każdy może tutaj wejść jak do Galerii Mokotów”, „dobrze, że nie jesteś jakaś Doda Elektroda”, „wystąpisz w »Tańcu z gwiazdami « i Wodecki się popłacze”), które próbują ukryć fabularne mielizny i słowem przynajmniej wprowadzić do akcji napięcie. Udaje się to połowicznie, bo „Prawdziwa historia ”, choć trwa niewiele ponad godzinę, dziwnie się dłuży, niespecjalnie rozbawia żartami, denerwuje wręcz nadmiarem odśpiewywanych tu co chwilę piosenek. Jak na parodię tradycyjnych bajek i dziecięcych mitów rzecz okazuje się zresztą mało przekorna i raczej stereotypy powtarza, niż obśmiewa (a przy okazji, niby nie na serio, co chwilę nawiązuje oczywiście do „Shreka”).
Pozostaje więc cieszyć się ekranową swawolą co niektórych postaci - przede wszystkim tytułowego kota, który intrygujący charakter, ognisty temperament i specyficzne poczucie humoru zawdzięcza głównie dubbingującemu go aktorowi. Bo przecież - jak przyznaje sam zwierzak - jeśli jest się Szycem, nie można nie mieć ADHD.