John Travolta z wilczym wzrokiem, groźnym wąsem i tatuażem na szyi gra Rydera, przywódcę bandy, która uprowadza pociąg nowojorskiego metra (ściślej - jeden wagon) z 19 pasażerami i domaga się za ich uwolnienie 10 mln dol. I to natychmiast: burmistrz miasta (Gandolfini) ma dostarczyć żądaną sumę w ciągu jednej godziny, w przeciwnym razie zakładnicy będą z każdą minutą spóźnienia rozstrzeliwani. Rolę przypadkowego negocjatora z porywaczami gra spokojny, łagodny dyspozytor ruchu Garber (lekko roztyty Washington), ponieważ Ryder chce rozmawiać z nim i tylko z nim, a nie z przysłanym na miejsce akcji zawodowcem (Torturro)...
Film jest "remakiem" pierwszorzędnego thrillera z 1974 roku i zgodnie z niepisaną hollywoodzką tradycją jest od niego dużo słabszy. Tamten był brudno-realistyczny, ten jest wyglancowany i efekciarski; w tamten można było uwierzyć, ten jest nieprawdopodobny (tylko wykonawcy ról drugoplanowych - Torturro, Gandolfini - są tu znacznie ciekawsi). To oczywiście nie znaczy, że film jest czymś zupełnie nieudanym. Nie, Tony Scott zjadł zęby na tego rodzaju produkcjach (od "Top Gun" po "Deja vu"), zna kino akcji jak mało kto, natrzaskał setki reklamówek, więc robota jest profesjonalna, szybka i sprawna. Tyle że przedkładająca spektakularność widowiska nad jego sens: w pewnym momencie kawalkada wozów policyjnych wioząca okup wywołuje prawdziwy kataklizm drogowy i ktoś przytomnie pyta, czy nie można było do transportu użyć helikoptera. Można było, oczywiście, ale nie w filmie Tony'ego Scotta, gdzie najważniejsze jest duże bum.
Akcja filmu dzieje się w Nowym Jorku (choć wg mnie mogłaby równie dobrze w Montrealu) i ma być to Nowy Jork współczesny, Nowy Jork po traumie 11 września, Nowy Jork podejrzliwy. Atak terrorystyczny - niezależnie od jego charakteru - powoduje więc duże zamieszanie na giełdzie, a psychopatyczny porywacz Ryder jest byłym maklerem z Wall Street (kto w czasach kryzysu lepiej nadaje się na wroga ludu? Chyba tylko bankier). Nikt nie jest tu także całkiem czysty: Garber jest zdegradowanym dyrektorem ds. technicznych metra, podejrzewanym o wzięcie łapówki, Ryder siedział za defraudację (co ma być podstawą ich dziwnej "więzi"); cwany burmistrz NY też ma swoje grzeszki na sumieniu. Washington i Travolta grają na swoim zwyczajnym, czyli wysokim poziomie (choć byłoby ciekawiej - tyle że niepoprawnie politycznie, gdyby zamienili się rolami), a najsłabiej w tym wszystkim wypada trzeci - obok porywacza i ratownika - człon równania, czyli zakładnicy. Są ledwo naszkicowani, bezbarwni i (może oprócz matki z chłopczykiem) nie budzą specjalnych emocji. Szkoda, bo bez tego trudno o realne napięcie.