Ciekawy dokument o notorycznym kryminaliście Rene Plasilu, który po raz pierwszy trafia do więzienia jako 15-latek, a potem, co go wypuszczą, to albo kogoś napadnie, albo okradnie, i znów do niego wraca. I tak przez 20 lat (1988-2008), podczas których nieustannie towarzyszy mu kamera znanej czeskiej dokumentalistki Heleny Trestikowej.
Początki jego przestępczej kariery są typowe, niemal podręcznikowe: rodzice się rozwodzą, ojciec, u którego zamieszkuje, żeni się z kobietą, której syn nie akceptuje (zapewne z wzajemnością), zapracowana matka też niezbyt się nim interesuje. Rene zaczyna kraść, aby zapewnić sobie utrzymanie (pracą się brzydzi). Początkowo są to drobne kradzieże (włamuje się do samochodu, aby zwinąć z niego kasety, zapalniczkę i cukierki), potem zapewne popełnia przestępstwa bardziej brutalne i drastyczne, o których jednak mówi się tu oględnie, półgębkiem, aby widz zupełnie nie stracił do niego sympatii (o którą i tak niełatwo). Po kolejnej odsiadce zawsze próbuje sobie jakoś ułożyć życie (kobiety pomagają), ale długo bez włamów nie wytrzymuje - tak jakby w jego głowę został wmontowany tajemniczy mechanizm, nad którym nie może (a potem już nie chce) zapanować. Pod tym względem przypomina alkoholika, który obiecuje sobie "już ani kropli", a po tygodniu abstynencji znów sięga po butelkę. Z czasem więzienie traci też swoją moc odstraszającą. "Na wolności jest tysiąc razy lepiej - mówi Rene - ale są ciągłe problemy. W więzieniu nie ma problemów". Czego więc się bać?
Historia więc jest do bólu banalna, ale niebanalny jest sam bohater. Inteligencją i elokwencją Rene góruje nad więzienną bracią. Swoją przestępczą działalność postrzega (a w każdym razie tak przedstawia) jako bunt przeciwko społeczeństwu, którego pozbawione wyższej sankcji normy osobiście go nie dotyczą. W więzieniu zaczyna też pisać (trochę z nudów, trochę zachęcony przez autorkę filmu), czego efektem jest wydanie dwóch powieści. I choć wielkiej kariery literackiej nie robi, a z przytaczanych fragmentów jego prozy wynika, że Jeanem Genetem to on nie jest (nie mówiąc o tym, że w jego buńczucznych deklaracjach jest mnóstwo irytującej pozy), z pewnością nie jest to osobowość tuzinkowa. Zaintrygowanie Trestikowej tym niecodziennym ludzkim okazem można zrozumieć.
I właśnie długoletnia relacja między reżyserką a "filmowanym obiektem", jak się sam Plasil nie bez autoironii nazywa, jest dla mnie najbardziej interesującą warstwą filmu. Z braku miejsca nie będę jej tu szczegółowo analizował, powiem tylko, że Rene specjalnej wdzięczności pani reżyser nie okazuje, a w 1992 roku okrada nawet jej mieszkanie. Taką właśnie pointą kończyła się pierwsza wersja filmu, i być może była to wersja lepsza, a w każdym razie wystarczająca. Potem wprawdzie w życiu Rene sporo się dzieje (próby literackie, nowe związki, choroba, legalny, choć de facto przemytniczy biznes), ale zasadniczy cykl nadziei i rozczarowań się nie zmienia. Przyznam, że pod koniec fatalizm opowieści robił się nużący.