Trudno w to uwierzyć, ale jeden z najsłynniejszych romansów wszech czasów początkowo nie spodobał się nie tylko krytykom, ale i publiczności. Reżyserowi z pomocą przyszła historia, a dokładniej spotkanie, jakie właśnie w marokańskiej Casablance - kilka miesięcy po premierze - zorganizowali w styczniu 1943 roku Winston Churchill i Franklin D. Roosevelt w sprawie koalicji antyhitlerowskiej. Nazwa miasta stała się sławna, a film jeszcze raz wszedł na ekrany - tym razem widzowie lgnęli do kin, a niedługo później przyszły Oscary za najlepszy film, scenariusz i reżyserię.
Michael Curtiz (trzeci reżyser, któremu zaproponowano realizację filmu: poprzedni dwaj odmówili) przenosi nas do Casablanki z końca 1941 roku, neutralnego miasta, do którego zjeżdżają m.in. uciekający przed Niemcami uchodźcy z okupowanych państw Europy. Tu swoją knajpę Cafe Americain ma Rick Blaine (Bogart), kiedyś walczący na frontach w Etiopii i Hiszpanii, a dziś prowadzący klub, którego mimo składanych ofert nie zamierza sprzedawać. Wydaje się pogrążony w marazmie, egoistyczny ("jedyną sprawą, jaka mnie interesuje, jestem ja sam"), dość brutalny wobec kobiet (jedną z nich wyrzuca z baru). Tajemnicza przeszłość wiąże się jednak nie tylko z historią, ale i zawiedzionym uczuciem - swojemu pianiście Samowi Rick nie pozwala z tego powodu grać i śpiewać "As Time Goes By". Ale piosenka zabrzmi w Cafe Americain znowu, gdy pojawi się tu kobieta sprzed lat, czyli Ilsa (niezapomniana Ingrid Bergman).
"Casablanca" to hollywoodzkie spotkanie miłości i wojny w najlepszym staroświeckim stylu - na uboczu wojennego tyglu toczy się gra o drogocenny list tranzytowy, dzięki któremu można legalnie wjechać do Lizbony, ale też o uczucie sprzed lat (widzimy w retrospekcjach, jak w "podrabianym" Paryżu byli kiedyś razem Rick i Ilsa), któremu stoi na przeszkodzie mąż Victor Laszlo (Henreid).
W filmie Curtiza objawia się kapitalnie "bohater bogartowski" - pozornie cynik i szyderca, a w gruncie rzeczy człowiek przejęty "sprawą" (potajemnie działa przeciwko Niemcom), uczuciowy idealista o powierzchowności macho. Powraca zapomniany już dziś rodzaj emfatycznej nieco, aktorskiej gry, soczyste, niemal melodyjne dialogi, parę jazzowych tematów i niezapomnianych scen. Jak słynne pożegnanie na lotnisku czy szeptane niemal przez Ingrid Bergman "Zagraj to jeszcze raz, Sam": kawał historii kina.