Moje Winnipeg *****

PAWEŁ T. FELIS
2009-10-02, ostatnia aktualizacja 2009-09-30 19:58
Moje Winnipeg
Moje Winnipeg

Kanada 2007 (My Winnipeg). Reż. Guy Maddin

Film-ewenement, który przypomina hipnotyczny trans. Zaczyna się od czarno-białych, zamglonych, archiwalnych obrazków z historii Winnipeg - dzieci szusują na sankach, trwają zawody w przeciąganiu liny, ktoś tańczy, ktoś gra, ktoś jeszcze zaczyna hokejowy mecz. W tle błogo staroświecka piosenka "Wonderful Winnipeg" o "słodkim domu", w którym są "przyjaciele" i "życzliwe twarze". Ale za chwilę muzyka poważnieje, sentymentalne wspomnienie zmienia się w horror - przerażony bohater-narrator mówi o "śnieżnym", "lunatykującym Winnipeg": "muszę je opuścić, muszę je opuścić teraz!".

Jest pasażerem w pociągu, który płynie w przeszłość. W oknie chaotycznie przewijają się urywki obrazów sprzed lat: witryny sklepowe, ludzie w łódkach, stado bizonów (!), pokryte śniegiem, miejskie śmietnisko. Powracają postacie z dzieciństwa - dziewczyny, które nonszalancko paliły papierosy w Munson Park i "uwodziły" bohatera, gdy był dzieckiem; jacyś żołnierze i jakieś zakonnice; matka, siostra i bracia, z których jeden zmarł, kiedy miał 16 lat. Przypominają się kształty, kontury (no cóż, wszystko - nawet mapa - kojarzy się Maddinowi z matczynym łonem), ale też dźwięki i zapachy: choćby te z zakładu fryzjerskiego matki.

Nie ma w tym logiki, bo podróżą w "Moim Winnipeg" rządzi nielogiczna pamięć. A może wyobraźnia? Kanadyjczyk Guy Maddin, który był gwiazdą tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty, łączy fakty biograficzne i zmyślone, autentyczne archiwalia i obrazy udające rzeczywistość. Układa się to wszystko w magnetyczną opowieść o "mieście Maddina", ale też o jego wyostrzonych tu, doprowadzonych do absurdu lękach, kompleksach, traumach. A najbardziej Maddin-bohater boi się matki - tego wszędobylskiego oka, które wszędzie dopatruje się gorszącego wyuzdania, "brzydkich", cielesnych zabaw. I które widzi wszystko: "nieważne, gdzie jestem, zawsze czuję na sobie jej spojrzenie".

"Moje Winnipeg" jest oczywiście kinowym wyzwaniem - głos z offu torpeduje widza nieustannym komentarzem i kalejdoskopem obrazów, jak w horrorze osacza, a za chwilę rozbraja napięcie kpiną. Być może największą wartością tej onirycznej podróży Maddina, którą on sam nazywa "doku-fantazją", jest bowiem ironia - widać, że reżyser oddaje kinu swoje życie bez reszty, ale jednocześnie się nim bawi, wymyśla kolejne, biograficzne "wersje", a jeśli rozrzuca psychoanalityczne tropy, to po to, żeby za chwilę ubrać je w cudzysłów i wyśmiać.

Film Guya Maddina uwodzi, straszy i śmieszy jednocześnie - warto dać się temu kinowemu szaleństwu porwać. Wytarło się dziś nadużywane określenie: "oryginalny", to prawda. Ale jeśli są twórcy, którzy faktycznie oryginalne kino tworzą, Maddin należy do nich bez wątpienia.