Zaledwie druga pełnometrażowa ekranizacja prozy Paulo Coelho (co, zważywszy na popularność pisarza, może wydawać się zaskakujące) nie jest filmem ani szczególnie udanym, ani zdecydowanie niedobrym - nikogo od śmierci nie uratuje, ale też nikogo o samobójcze myśli nie przyprawi. Jest poprawny: ilustracyjny wprawdzie i naiwny, ale natężenie kiczu (wyjąwszy zakończenie) jest w nim dużo mniejsze, niż można by się spodziewać.
Weronika (Gellar) jest młodą, ładną, nieźle zarabiającą mieszkanką Nowego Jorku (z pochodzenia Słowenką), której do szczęścia brakuje tylko jednego - sensu życia. Ponieważ nie spodziewa się go znaleźć także w przyszłości, postanawia popełnić samobójstwo (ze skrupulatnie ułożonymi na stoliczku tabletkami nasennymi i muzyką z DVD w tle). Zostaje jednak odratowana i po dwóch tygodniach śpiączki budzi się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie dowiaduje się, że tak czy inaczej zostało jej tylko kilka tygodni życia (przeszła atak serca, w następstwie którego powstał groźny tętniak). Czy ta ponura diagnoza (niech dyplomowani lekarze osądzą jej wiarygodność) się spełni? Czy Weronika odzyska wiarę w życie i doceni je?
Wiedząc co nieco o pokrzepiającym duchowo charakterze twórczości Coelho, nietrudno jest przewidzieć odpowiedź na te pytania. A gdy na horyzoncie pojawi się przystojny, choć pobladły młodzian (Tucker), równie łatwo jest odgadnąć, z której strony nadejdzie ocalenie. Po drodze jest jeszcze muzyka klasyczna, choć zwrócenie się ku niej jest już raczej symptomem zdrowienia, nie jego przyczyną.
Film ma raczej ciężką, depresyjną atmosferę, co może się wydawać oczywiste, zważywszy, że jego akcja rozgrywa się niemal wyłącznie w klinice psychiatrycznej (cóż z tego, że luksusowej, z basenem itd.), ale znając współczesną kinematografię amerykańską, jest to raczej niespodzianka. Także niespieszne, powolne tempo, w jakim postępuje zmiana w patrzeniu na świat przez Weronikę, jest z gruntu niehollywoodzkie. Są tu wprawdzie efekty w rodzaju: "łagodne, oceaniczne fale o wschodzie słońca", są luki w narracji (rzecz trudna do uniknięcia przy adaptacjach powieści), są życiowe nieprawdopodobieństwa (gdyby prowadzący klinikę dr Blade - Thewlis - stosował takie techniki lecznicze, szybko straciłby prawo wykonywania zawodu), ale powiem szczerze: myślałem, że będzie znacznie gorzej.