Gazeta.pl > Film >  Recenzje

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Dystrykt 9 *****

Paweł Mossakowski
2009-10-09, ostatnia aktualizacja 2009-10-07 23:25

USA, Nowa Zelandia 2009 (Discrit 9). Reż. Neill Blomkamp. Aktorzy: Sharlto Copley, David James, Jason Cope

Filmy
"Dystrykt 9" leży na pograniczu SF i kina akcji. W moim przekonaniu jest to najciekawszy i najoryginalniejszy film tego hybrydalnego gatunku ostatnich lat. Przypomina starą prawdę, że najlepsze utwory SF to nie fantazyjne opowiastki o UFO, robotach i cyborgach, ale ostre wiwisekcje ludzkiej natury. Autorem "Dystryktu..." jest 29-latek urodzony w RPA i jego dorastanie w kraju segregacji rasowej i nierozwiązywalnych napięć społecznych odcisnęło wyraźne piętno na kształcie filmu (wyprodukowanego przez innego nie-Amerykanina, Petera Jacksona od "Władcy pierścieni"). Jego punktem wyjścia jest przybycie na naszą planetę "obcych z kosmosu", ale standardowe pytanie, które temu wydarzeniu towarzyszy ("Co też oni zrobią z nami, biednymi Ziemianami?") zostaje tu odwrócone: Blompkampa interesuje, co my byśmy z nimi w takiej sytuacji zrobili. Odpowiedź, jakiej udziela, nie jest dla naszego gatunku specjalnie pochlebna.

Wszystko zaczyna się od tego, że nad Johannesburgiem zawisa, najwyraźniej niezdolny do dalszej podróży, ogromny statek kosmiczny. W środku znajdują się tłumy wyczerpanych i wygłodzonych "obcych", które władze, w odruchu humanitaryzmu, postanawiają osiedlić na ziemi. Dwumetrowi (i dwunodzy) przybysze, zwani pogardliwie "krewetkami" (mnie bardziej kojarzyli się z konikami polnymi) zamieszkują przypominający gigantyczny slums tytułowy "Dystrykt 9". Ich współżycie z rdzennymi mieszkańcami, i to niezależnie od koloru ich skóry, nie układa się jednak najlepiej: "krewetki" są wprawdzie nieagresywne i raczej potulne, ale trudno je polubić. Niektórzy ludzie się ich boją, niektórzy ich wykorzystują (jak czarnoskórzy Nigeryjscy gangsterzy, sprzedający im - w zamian za broń - karmę dla kotów (!), od której "krewetki" zdają się być uzależnione. Wobec coraz bardziej nasilającej się wrogości wobec Obcych zapada decyzja (po ponad 20 latach, gdy populacja przybyszów znacznie się rozrosła) aby ich przesiedlić do odległego od miasta obozu (de facto koncentracyjnego).

Głównodowodzącym operacji zostaje pracownik nadzorującej kosmitów organizacji MNU, tępy i bardzo próżny biurokrata, Wikus van der Merwe (popularny w RPA, niezawodowy aktor Copley). Przeprowadza ją z użyciem (bardzo komicznych w tym kontekście) urzędowych, eksmisyjnych procedur, ale także z nonszalancką pewnością siebie, i ta nieostrożność będzie go drogo kosztować. Wikus zaraża się toksyczną substancją, skutkiem czego jego DNA zostaje zmienione i stopniowo, nieco podobnie jak bohater "Muchy", przeobraża się on w "krewetkę"...

Wszystko to jest początkowo relacjonowane w konwencji dokumentu, z telewizyjnymi, "newsowymi" wstawkami i wypowiedziami ekspertów oraz członków rodziny nieszczęsnego Wikusa. Nadaje to filmowi reportażową wiarygodność, a jednocześnie, przez zderzanie prawdy medialnej i realnej, jest jednym ze źródeł komizmu filmu. Potem ta paradokumentalna metoda zostaje częściowo zarzucona i "Dystrykt" zamienia się w zwyczajne, acz emocjonujące kino akcji, w którym Wikus jest zawzięcie tropiony przez swoich dawnych kolegów i musi szukać pomocy u wzgardzonych "krewetek". Ciekawe są tu również przepływy naszej sympatii: Wikus jest klasycznym antybohaterem, w najlepszym razie chodzącym przeciętniakiem, w najgorszym - pozbawionym elementarnej wrażliwości, zadowolonym z siebie głupkiem i zaczynamy mu współczuć, dopiero gdy zaczyna być ścigany. Jednak Blomkamp nie ułatwia sobie zadania i nie każe nam z drugiej strony kochać "krewetek". Nie, są one przedstawione jako stwory prymitywne, rzeczywiście "inne", a zarazem łatwo przejmujące nasze najgorsze cechy. Niechęć otoczenia (taka, która zwykle towarzyszy uchodźcom czy azylantom) nie wydaje się aż tak niezrozumiała. I tak aż do momentu, gdy Wikus wejdzie w bliższy kontakt z bardziej rozgarniętym ich przedstawicielem oraz jego wzruszającym jak ET synkiem.

Inteligentny, błyskotliwie zrealizowany film z pierwszorzędnymi, idealnie wpasowującymi się w jego surową fakturę komputerowymi efektami specjalnymi. Psuje się dopiero w końcówce, która jest przeciągnięta, hałaśliwa i schodząca na poziom trywialnego "bumbum". Kilka kwestii pozostaje też nierozstrzygniętych, zapewne celowo, z myślą o bardzo prawdopodobnym sequelu ("Dystrykt 10"?). Sequelu, na który, jak rzadko kiedy, będę czekał.