Uroczy film, z kapitalną rolą Meryl Streep: reżyserka Nora Ephron ("Bezsenność w Seattle") nic lepszego dotąd nie nakręciła. Mamy tu przeplatające się ze sobą, choć oddalone w czasie, historie dwóch kobiet, dla których gotowanie stało się ważnym, decydującym o dalszym losie elementem życia. Pierwszą jest legendarna Julia Child (Streep), autorka słynnej książki wprowadzającej francuską kuchnię na amerykańskie stoły i pionierka telewizyjnych programów kulinarnych. Jednak w 1949 roku, gdy zaczyna się film, Julia jest jeszcze tylko żoną dyplomaty Paula (Tucci), z którym przybywa na placówkę do Paryża. Nie chcąc dalej pracować jako urzędniczka ani kontentować się statusem pani dyplomatowej, zaczyna szukać pomysłu na siebie, aż w końcu zapisuje się na kurs gotowania dla przyszłych szefów kuchni. Po jego ukończeniu (nie bez trudności - musi przezwyciężyć typowo francuskie uprzedzenia) zaczyna z dwoma znajomymi paniami pisać ww. książkę, która zmieniła kulinarne oblicze Ameryki. Drugą bohaterką jest Julie (Adams), niespełniona pisarka, która pracuje jako szeregowa urzędniczka w nowojorskim biurze, mieszkając ze swoim mężem (Messina) w hałaśliwym, nieprzytulnym mieszkaniu na Queensie. Jej zajęcie jest nudne, często dołujące (jest rok 2002, a więc zaraz po zamachu na WTC), koleżanki robią kariery etc; sfrustrowana Julie zaczyna więc prowadzić blog, w którym opisuje swoje doświadczenia kulinarne. Mają one charakter zobowiązania: Julie podejmuje się w ciągu 365 dni przyrządzić 564 potrawy wg przepisów z dzieła swojej słynnej imienniczki.
Ta szybko biegnąca, lekka jak południowy wietrzyk i bardzo wdzięczna komedia w sensie fabularnym jest bardzo skromna. Nic wielkiego ani dramatycznego się tu nie dzieje: Julia nie może uporać się z ogromem materiału (swoje opus magnum pisała 8 lat!), a potem z tradycjonalizmem wydawców; Paul ma w tym czasie kłopoty w pracy (maccartyzm!); blogu Julie początkowo nikt nie czyta oprócz jej matki, a mąż czasem okaże zniecierpliwienie z powodu jej ciągłego przesiadywania w kuchni. Ot i tyle. A jednak "Julie..." ogląda się świetnie, bez chwili znużenia.
Wielka w tym zasługa Meryl Streep, która gra tu fantastycznie, po prostu niewiarygodnie. Aktorka wydaje się tu wyższa od siebie o 20 cm, wygląda jak ekstrawagancka dama z Południa będąca ciągle na lekkim cyku i słodko szczebiocąca, a zarazem mądra i pełna godności. Do gry Amy Adams trudno się o cokolwiek przyczepić, ale jednak w zestawieniu z taką mistrzynią nie ma żadnych szans. No i jej historia jest znacznie mniej ciekawa, na skromniejszą skalę obliczona.
"Julie i Julia" - choć nieco przez to nierówny - to jeden z nielicznych filmów, które bez wielkiego wysiłku i nachalnego optymizmu - poprawiają widzowi nastrój. Jest w nim autentyczna i zaraźliwa radość - tworzenia, gotowania, wyzwolenia. Miło jest też oglądać wreszcie na ekranie ludzi, którzy się kochają, a nie męczą ze sobą. Na jesienne zgryzoty jak znalazł.