Złoty wiek amerykańskiej animacji wciąż trwa - głównie za sprawą niezawodnego studia Pixar (od jakiegoś czasu sprzymierzonego z Disneyem). Dziesiąty film wyprodukowany przez tę kompanię jest pod pewnymi względami słabszy od ostatnich tytułów ("Wall-E", "Ratatouille"), pod innymi - góruje nad nimi, ale wciąż trzyma niewiarygodnie wysoki poziom. Zaś odwagą pomysłu przebija bodaj wszystko, co z Pixarowskiego studia wyszło: uczynić głównym bohaterem animacji (czyli filmu skierowanego wciąż głównie dla dzieci) osiemdziesięcioletniego emeryta (i to bynajmniej nie "miłego staruszka", przeciwnie, zgryźliwego starucha), no, to trzeba mieć cojones.
Carla (tak bowiem nazywa się ów stary zrzęda) poznajemy jednak - cofając się do lat 30. ubiegłego wieku - jako małego, nieśmiałego chłopca zafascynowanego postacią podróżnika i eksploratora Charlesa Muntza. Carl poznaje sympatyczną dziewczynkę Ellie, która również jest miłośniczką egzotycznych wypraw, i gdy po latach zostają małżeństwem, obiecują sobie wspólnie odwiedzić Amerykę Południową. Niestety, proza życia weryfikuje ich plany i choć dożywają późnej starości jako szczęśliwe małżeństwo, nigdy nie udaje im się tych dziecięcych marzeń spełnić. Potem Ellie umiera i Carl zostaje sam, mieszkając w domu pełnym pamiątek po ukochanej żonie.
Wszystko to opowiedziane jest w krótkiej, kilkuminutowej sekwencji montażowej nawiązującej do poetyki kina niemego (żadnych dialogów, tylko muzyka - bardzo zresztą piękna). Już dla tego fragmentu warto by na "Odlot" się wybrać - to prawdziwa perełka, małe arcydziełko.
Teraz wracamy do współczesności. Na mały domek Carla dybią chciwi deweloperzy, a on sam ma zostać umieszczony w domu spokojnej starości. Jednak krzepki staruszek nie wyraża zgody na takie rozwiązanie: zamiast tego przyczepia do domku tysiące napełnionych helem baloników (był przez lata ich sprzedawcą) i odlatuje nim do Wenezueli, aby chociaż teraz zrealizować swoją (i Ellie) dziecięcą fantazję. W tej magicznej podróży towarzyszy mu 8-letni grubasek Russell, harcerz pragnący zdobyć odznakę Pomocnika Seniora, który przypadkowo zjawił się na werandzie domku w momencie "odlotu".
O przygodach, jakie spotkają ich w południowoamerykańskiej puszczy, nie będę się rozwodził: powiem tylko, że obejmują spotkanie z gigantycznym, bajecznie kolorowym ptakiem, stadem psów, którym elektroniczne obroże umożliwiają mówienie oraz bohaterem młodości Carla Muntzem (który musi mieć teraz grubo ponad 100 lat, ale trzyma się nadzwyczaj dobrze). Wszystko opowiadane jest lekko, zabawnie i pomysłowo, nie stroniąc wszakże od zagadnień poważnych i tematów tragicznych. "Odlot" nie jest wesołą bajeczką: mówi o tym, że życie jest pełne zawiedzionych nadziei i że nasi niegdysiejsi herosi mogą nas srodze rozczarować. Nawet schwarzcharakteru nie pozbawia się tu jakichś skromnych racji. Zamiast banałów w rodzaju "na marzenia nigdy nie jest za późno" głosi się prawdy bardziej skomplikowane (o tym, jak marzenia się zmieniają i zastępują), no i dotyka najsurowszego hollywoodzkiego tabu, jakim jest starość.
Oczywiście, emocjonalnym rdzeniem filmu jest stopniowe budowanie więzi między naszym strasznym dziaduniem (który nigdy nie zaznał smaku ojcostwa: jego małżeństwo z Ellie było bezdzietne) a pucołowatym harcerzykiem (który z kolei ma problemy z własnym ojcem). Russell jest początkowo dla Carla zawadą, irytującym natrętem, niechcianym "pasażerem na gapę"; na końcu staje się jego zastępczym wnuczkiem. Ale nawet ta ewolucja uczuciowa wolna jest od disnejowskiej ckliwości.
"Odlot" jest pierwszym filmem Pixara, który można również oglądać w wersji trójwymiarowej. Jak dla mnie, nic się nie traci, oglądając go w tradycyjnych dwóch. W tej historii liczą się zupełnie inne wymiary.