Można by podejrzewać, że wśród muzycznych biografii "Notorious" czymś się wyróżnia, skoro film zaproszono na festiwal filmowy do Berlina. Nic z tego - w Berlinie film przemknął niezauważony, a spora grupa tych, którzy przyszli na pokaz, czym prędzej z niego uciekała.
Film George'a Tillmana jr. jest bowiem dziwaczną i ciężkostrawną historią o zakompleksionym w dzieciństwie chłopaku, który postanowił udowodnić światu, że jest kimś - a dowodem miała być kasa (zdobywana m.in. dzięki handlowaniu narkotykami), najlepsze laski (sam bohater, delikatnie mówiąc, cierpiący na otyłość, do przystojniaków nie należał), no i rzecz jasna muzyka, a raczej wysyłane z siebie w zatrważającym tempie hiphopowe mądrości (skądinąd ciekawa rzecz, że i panowie, i panie najlepiej rymują po udanym seksie).
Film oparty jest na faktach (na ile wiernie, to zupełnie inna sprawa), a Notorious to autentyczny raper. Jego apogeum popularności przypadło na okres, którego on sam nie doczekał. Film jest więc swego rodzaju pomnikiem - wszystko, co złe, ma oczywiście korzenie w dzieciństwie (okrutni koledzy, brak ojca itd.), wszystko, co najlepsze, pojawia się wraz z karierą hiphopowca. Trudno nie przyznać jednak racji matce, gdy w jednej ze scen wyrzuca syna z domu, bo bohater tłumaczy, że dzięki forsie i biżuterii właśnie stał się mężczyzną. Ta sama matka w nieznośnie patetycznej przemowie na koniec filmu zmienia jednak zdanie o synu i jak natchniona w swoich oczach postanawia go zrehabilitować. Może jestem nieczuły, może kompletnie nie rozumiem języka, którym reżyser próbuje do mnie mówić, ale od początku do końca Notorious B.I.G. pozostał dla mnie jedynie karykaturą gwiazdora, który swoje życie chciał układać na wzór efekciarskiego teledysku. Jego już nie ma, ale na jego śmierci parę osób nieźle zarobiło. Czy zarobić chciał też reżyser i producent? Przynajmniej do mnie informacje o tym, że przy filmie pracowali charytatywnie, nie dotarły.