Odgłosy robaków - zapiski mumii *****

Paweł Mossakowski
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-21 21:28
Odgłosy robaków - zapiski mumii
Odgłosy robaków - zapiski mumii

Szwajcaria 2008 (The Sound of Insects: Record of the Mummy). Reż. Peter Liechti

Szwajcaria 2008 (The Sound of Insects: Record of the Mummy). Reż. Peter Liechti

Tytuł - w jakimś antymarketingowym amoku dystrybutora - został przedobrzony (w oryginale są zwykłe "owady", nie "robaki"), rozumiem jednak, że chciano w ten sposób podkreślić zasadniczą tematykę filmu. Jest nią śmierć. A ściślej mówiąc - umieranie.

"Odgłosy..." są adaptacją prozy japońskiego autora Masahiko Shimady, a więc formalnie na utworze fikcyjnym, który jednak z kolei oparty został na autentycznym wydarzeniu; w tym sensie film jest czymś w rodzaju inscenizowanego dokumentu. Bardzo zresztą niezwykłego, i w swojej zawartości, i formie.

Cała historia zaczyna się od przypadkowego znalezienia w lesie zmumifikowanych zwłok 40-letniego mężczyzny leżących w prowizorycznym szałasie z plastikowych płacht i gałęzi. Obok nich znajdował się notes, w którym zmarły prowadził regularne zapiski. Wynikało z nich, że zgon nie był przypadkowy; mężczyzna przybył do lasu, aby popełnić w nim samobójstwo, i to w niecodzienny sposób - przez zagłodzenie.

Motywacje jego decyzji (absolutnie świadomej i wręcz metodycznie przygotowanej) nie są tu wyjaśniane (z całą pewnością nie był to protest przeciwko społeczeństwu wybujałej konsumpcji, jak sugerują niektórzy komentatorzy). Na podstawie jednej z notatek można domniemywać, że cierpiał z powodu "nieistotności swojego życia", a tak wyszukana i "spektakularna" śmierć miałaby owej nieistotności zaprzeczyć (w pewnym sensie się nie pomylił: to, że jego ostatnia droga posłużyła za inspirację pisarzowi, a teraz reżyserowi filmowemu, jakoś go unieśmiertelniła). Ale powodów mógł mieć dziesięć innych, łącznie z takim, że po prostu nie chciał już żyć.

Samobójstwo przez zagłodzenie tym się różni od innych sposobów usunięcia się z tego świata, że trwa, a dzięki temu umożliwia dokładne opisanie tego procesu. Tak też uczynił ów anonimowy mężczyzna (to, że nikt go nie szukał, też rzuca pewne światło na jego decyzję), i to, co teraz otrzymujemy, to długi, oparty na jego notatkach, przedśmiertny monolog.

W wygłaszanym zza ekranu - spokojnym i beznamiętnym głosem - tekście znajdziemy opisy fizjologicznych reakcji organizmu, ale też wrażenia z lektury książek ("narrator" wziął ze sobą m.in. Becketta i Dantego) czy wysłuchanych w radio (też miał) koncertów symfonicznych.

Jest tu lęk, ale paradoksalny - że nie wytrwa w swoim postanowieniu, oraz świadectwo walki, jakie maltretowane ciało podejmuje ze swoim okrutnym właścicielem (orężem jest ból). Są komunikaty meteorologiczne i krótkie wzloty mistycyzmu. Autoironia i wisielczy humor (chyba w okolicach 60. (!) dnia głodówki stwierdza "Chyba powinienem to zgłosić do Księgi Guinnessa"). Nie ma tu miejsca, aby szczegółowo tę chłodną wiwisekcję omówić, ale powiem szczerze: wrażenie jest wstrząsające.

No dobrze, powie ktoś, ale gdzie tu jest film? Czy, skoro istotą tego utworu jest tekst, to nie lepiej byłoby po prostu go przeczytać? Spokojnie - obraz też się tu liczy. Liechti ilustruje słowa na dwojaki sposób: albo pokazując dokładnie miejsce, gdzie miał dokonać się akt powolnej autodestrukcji (wilgotny, podmokły las na północy Szwajcarii), albo przedstawiając w szarych, rozmytych kadrach "krajobraz psychiczny". Efekty dźwiękowe i muzyka, które tej przemiennej wizualizacji towarzyszą, wydają mi się dobrane znakomicie. Jeśli jest to tylko tzw. eksperyment filmowy, to z pewnością udany.

Ale uprzedzam, że rzecz jest bardzo specyficzna i przeznaczona dla publiczności lubiącej podobne osobliwości.