Serafina ****

PAWEŁ T. FELIS
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-21 21:29
Serafina
Serafina

Francja-Belgia 2008 (Séraphine). Reż. Martin Provost. Aktorzy: Yolande Moreau, Ulrich Tukur, Anne Bennent, Genevieve Mnich, Nico Rogner

Filmy
Po zaskakującym zwycięstwie podczas tegorocznych Cezarów (m.in. nagrody dla najlepszego francuskiego filmu i najlepszej aktorki) "Serafina" raz jeszcze weszła we Francji do kin i zgromadziła 700 tys. widzów. W przypadku tego rodzaju skromnego, nieefektownego, choć intrygującego kina taka pomoc była niezbędna - jak niezbędna była na początku ubiegłego wieku pomoc melancholijnego arystokraty, który w przaśnej sprzątaczce dostrzegł malarski talent i doprowadził do wystawienia jej prac w paryskich muzeach.

Tą sprzątaczką jest tytułowa Serafina Louis, która za dnia sprząta i pierze w apartamentach bogatych mieszczan, a nocami maluje. Arystokrata melancholik to z kolei Wilhelm Uhde, poszukujący spokoju we francuskiej Prowansji Niemiec, znawca sztuki i samotnik. Uhde nie tylko odkryje w Serafinie utalentowaną malarkę prymitywistkę, ale przede wszystkim kogoś, kto mimo biedy i nieustannego poniżania ma odwagę żyć po swojemu: podczas gdy Wilhelm chodził będzie na rytualne przyjęcia "wyższych sfer", płakał w pokoju i ukrywał swojego kochanka, Serafina żyje tak, jak chce. Jeśli ma ochotę, niezdarnie wdrapie się na drzewo i spoglądać będzie w niebo, jeśli poczuje taką potrzebę, załatwi się na stojąco, lekko podwijając spraną i zniszczoną suknię. Gdy sprzątaczka przypadkiem zobaczy swojego zalanego łzami mecenasa, da mu prostą radę: "Kiedy jestem smutna, lubię dotykać drzewa, czasem rozmawiam z ptakami, kwiatami, owadami".

Słusznie wyróżniona Cezarem Yolande Moreau kapitalnie gra tu steraną życiem kobietę, która ma w sobie coś z dziecka i coś z szaleńca, z pokornego sługi i pewnego siebie, butnego i chwilami opryskliwego natchnionego artysty. "Ale jak tam w głowie, wszystko w porządku?" - pytają ją zakonnice, bo Serafina mieszkała wcześniej w klasztorze. Jedna z jej pracodawczyń żartować będzie wśród gości: "Powiedziała, że zaczęła malować, bo ukazał jej się anioł i kazał zająć się malarstwem". Ale Serafina naprawdę w to wierzy, czuje w sobie siłę nie z tego świata, bo w świecie tu i teraz uznana zostanie za wariatkę.

Film Martina Provosta opowiadany jest w rytmie głównej bohaterki - akcja toczy się niespiesznie, dialogi padają rzadko, dominuje aura przaśnej tajemnicy, której wyjaśnić nie sposób. Porównania z "Moim Nikiforem" są nieuniknione, chociaż film Krzysztofa i Joanny Krauze był jednak bardziej chropowaty, przyziemny i mocniej akcentował rolę opiekuna Nikifora. W "Serafinie" opiekun to się w życiu odkrytej przez siebie malarki pojawia, to znów - z politycznych powodów - znika, ale do końca nie potrafi się do niej zbliżyć. Nadmierny estetyzm, wyciszona i wygładzona narracja mogą w przypadku "Serafiny" nieco nużyć: w pamięci zostaje jednak twarz Yolande Moreau, jej zniszczone ręce i sposób, w jaki ze zdobytych najróżniejszymi sposobami materiałów wyczarowuje nimi niczym artysta alchemik kolory i faktury.