Zero *****

PAWEŁ T. FELIS
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-21 21:29

Polska 2009. Reż. Paweł Borowski. Aktorzy: Robert Więckiewicz, Aleksandra Popławska, Sonia Bohosiewicz, Przemysław Bluszcz, Roma Gąsiorowska, Joanna Bogacka, Marian Dziędziel, Kamila Baar, Rafał Mohr, Andrzej Mastalerz

Filmy
Reżyser filmu to ten sam Paweł Borowski, który kilka stron dalej - jak co tydzień - ironicznie komentuje w "Gazecie Co Jest Grane" filmowe premiery. Przy okazji własnego debiutu nie ma szans na taryfę ulgową, ale na szczęście jej nie potrzebuje. "Zero" to kapitalnie skrojona, filmowa układanka, ale i coś więcej: Borowski zaprasza do hipnotycznej gry, próbuje wpuścić widza w napisaną przez siebie "rolę". Tyle tylko, że to rola znajoma - rola podpatrywacza codzienności, który jednocześnie nie jest w stanie się w niej zanurzyć, rola miejskiego flaneura, który dostrzega tylko "szumy, zlepy, ciągi", który widzi fragmenty, a nigdy całość, który rozumie emocje, ale nie zna lekarstwa.

Typową akcję zastępują tu fabularne plamy, mozaika zdarzeń błahych i dramatycznych, którym towarzyszy mroczna muzyka Adama Burzyńskiego. Mąż (Więckiewicz) każe śledzić swoją żonę, którą podejrzewa o zdradę, lekarka w średnim wieku (Bogacka) wita się z chłopakiem, któremu zapłaciła za wspólny seks, porno-biznesmen (Bluszcz) kupuje w sex-shopie zestaw gadżetów potrzebnych na plan i szarpie na ulicy swoją porno-gwiazdeczkę (Gąsiorowska). Losy wszystkich - a bohaterów jest tu znacznie więcej - w którymś momencie będą musiały się przeciąć, statysta w cudzym życiorysie za chwilę przejmie główną rolę w życiu własnym.

Przy obrazie Borowskiego, z wyjątkową klasą filmowanym przez Arkadiusza Tomiaka, do znudzenia stosuje się porównania - oczywiście do Altmana, do Inarritu, do Andersona ("Magnolia") czy Haggisa ("Miasto grzechu"). To prawda, Borowski nowej formuły nie wymyśla, ale dajmy spokój szufladkom. "Zero" zachwycać może scenariuszowo-narracyjną precyzją (drobne wyjątki potwierdzają tylko regułę), ale jego siłą jest przecież coś innego - Borowski nieustannie ten balon formalnej gry przekłuwa, na przekór przyjętej zasadzie powierzchownego chwytania ułamków cudzych życiorysów, wchodzi w nie głęboko, do granic emocji. Choćby czworokąt on, ona, ten trzeci i jej matka - pozorny banał ma w "Zero" porażający ciężar, nikt nie jest w tym układzie czysty i nikt cynicznie podły, każdy leczy otępiającą pustkę w podobnie kaleki sposób.

Film zaczyna się od sceny z Robertem Więckiewiczem, który w sterylnym, wysokim biurowcu wprawia w ruch "kulki Newtona" - jedna kulka dotyka następnej, ta kolejnej i tak dalej, i tak w kółko. To oczywiście metafora przyjętej w filmie narracji (śledzimy jedną z postaci i spotykamy następną, wtedy śledzimy tę drugą i dochodzimy do kolejnej), ale czy tylko? "Zero" najłatwiej byłoby skomentować truizmem, że to film o tym, jak mijamy się w codziennym życiu i nie możemy spotkać. "Kulki Newtona", którymi Borowski zaczyna i którymi kończy, sugerują jednak, że nawet jeśli poruszamy się tylko w obrębie własnego mikroświata, nasz ruch nigdy nie jest bezkarny: jedna decyzja uruchamia lawinę skutków, jeden przypadkowy gest nigdy nie pozostaje bez konsekwencji. Mimowolnie wpływamy na innych i od innych jesteśmy zależni.

Dla niektórych "Zero" to tylko sprawna "maszynka", reżyserskie ćwiczenie. Dla innych - zbiór wciągających, fantastycznie zagranych (nawet w genialnych epizodach, jak ten z Gabrielą Muskałą czy Dominiką Kluźniak) scen - czasem śmiesznych, czasem strasznych. Jeszcze inni - do których i ja się zaliczam - będą musieli "Zero" odreagować, niemal odchorować. Chociaż widziałem ten film kilka tygodni temu w Gdyni, ciągle nie potrafię się od niego uwolnić. A nie tylko w przypadku debiutów nie zdarza mi się to często.