Reżyser filmu to ten sam Paweł Borowski, który kilka stron dalej - jak co tydzień - ironicznie komentuje w "Gazecie Co Jest Grane" filmowe premiery. Przy okazji własnego debiutu nie ma szans na taryfę ulgową, ale na szczęście jej nie potrzebuje. "Zero" to kapitalnie skrojona, filmowa układanka, ale i coś więcej: Borowski zaprasza do hipnotycznej gry, próbuje wpuścić widza w napisaną przez siebie "rolę". Tyle tylko, że to rola znajoma - rola podpatrywacza codzienności, który jednocześnie nie jest w stanie się w niej zanurzyć, rola miejskiego flaneura, który dostrzega tylko "szumy, zlepy, ciągi", który widzi fragmenty, a nigdy całość, który rozumie emocje, ale nie zna lekarstwa.
Typową akcję zastępują tu fabularne plamy, mozaika zdarzeń błahych i dramatycznych, którym towarzyszy mroczna muzyka Adama Burzyńskiego. Mąż (Więckiewicz) każe śledzić swoją żonę, którą podejrzewa o zdradę, lekarka w średnim wieku (Bogacka) wita się z chłopakiem, któremu zapłaciła za wspólny seks, porno-biznesmen (Bluszcz) kupuje w sex-shopie zestaw gadżetów potrzebnych na plan i szarpie na ulicy swoją porno-gwiazdeczkę (Gąsiorowska). Losy wszystkich - a bohaterów jest tu znacznie więcej - w którymś momencie będą musiały się przeciąć, statysta w cudzym życiorysie za chwilę przejmie główną rolę w życiu własnym.
Przy obrazie Borowskiego, z wyjątkową klasą filmowanym przez Arkadiusza Tomiaka, do znudzenia stosuje się porównania - oczywiście do Altmana, do Inarritu, do Andersona ("Magnolia") czy Haggisa ("Miasto grzechu"). To prawda, Borowski nowej formuły nie wymyśla, ale dajmy spokój szufladkom. "Zero" zachwycać może scenariuszowo-narracyjną precyzją (drobne wyjątki potwierdzają tylko regułę), ale jego siłą jest przecież coś innego - Borowski nieustannie ten balon formalnej gry przekłuwa, na przekór przyjętej zasadzie powierzchownego chwytania ułamków cudzych życiorysów, wchodzi w nie głęboko, do granic emocji. Choćby czworokąt on, ona, ten trzeci i jej matka - pozorny banał ma w "Zero" porażający ciężar, nikt nie jest w tym układzie czysty i nikt cynicznie podły, każdy leczy otępiającą pustkę w podobnie kaleki sposób.
Film zaczyna się od sceny z Robertem Więckiewiczem, który w sterylnym, wysokim biurowcu wprawia w ruch "kulki Newtona" - jedna kulka dotyka następnej, ta kolejnej i tak dalej, i tak w kółko. To oczywiście metafora przyjętej w filmie narracji (śledzimy jedną z postaci i spotykamy następną, wtedy śledzimy tę drugą i dochodzimy do kolejnej), ale czy tylko? "Zero" najłatwiej byłoby skomentować truizmem, że to film o tym, jak mijamy się w codziennym życiu i nie możemy spotkać. "Kulki Newtona", którymi Borowski zaczyna i którymi kończy, sugerują jednak, że nawet jeśli poruszamy się tylko w obrębie własnego mikroświata, nasz ruch nigdy nie jest bezkarny: jedna decyzja uruchamia lawinę skutków, jeden przypadkowy gest nigdy nie pozostaje bez konsekwencji. Mimowolnie wpływamy na innych i od innych jesteśmy zależni.
Dla niektórych "Zero" to tylko sprawna "maszynka", reżyserskie ćwiczenie. Dla innych - zbiór wciągających, fantastycznie zagranych (nawet w genialnych epizodach, jak ten z Gabrielą Muskałą czy Dominiką Kluźniak) scen - czasem śmiesznych, czasem strasznych. Jeszcze inni - do których i ja się zaliczam - będą musieli "Zero" odreagować, niemal odchorować. Chociaż widziałem ten film kilka tygodni temu w Gdyni, ciągle nie potrafię się od niego uwolnić. A nie tylko w przypadku debiutów nie zdarza mi się to często.