Kino drogi, a dokładniej - śnieżnych bezdroży, przez które mknie bohater, uciekając przed własną depresją. Jest nim Jomar (Christiansen), pucołowaty 30-latek, w którego baryłkowatej sylwetce trudno się domyślić niegdyś zawodowego narciarza. A jednak: Jomar jeździł wyczynowo, potem zachorował, zostawiła go dziewczyna, depresja jeszcze się pogłębiła, wylądował w klinice psychiatrycznej, a po wyjściu z niej zatrudnił się przy obsłudze wyciągu. Nadal jednak znajduje się w fatalnej formie: całymi dniami leży w łóżku, ewentualnie ogląda programy katastroficzne w National Geographic, łykając antydepresanty i popijając je wódką. I oto pewnego dnia w jego samotni zjawia się były przyjaciel mieszkający na północy Norwegii z jego eksdziewczyną, informując go, że ma on czteroletniego syna. Jomar długo przeżuwa tę rewelację, w końcu - spaliwszy (dosłownie) za sobą mosty, wskakuje na śnieżny skuter i rusza przez śnieżną pustynię, aby spotkać się z dzieckiem (i z długo niewidzianą rzeczywistością)...
To, co następnie oglądamy, to właśnie podróż Jomara, w trakcie której - wciąż racząc się obficie gorzałką - odbywa serię bardzo osobliwych spotkań. Lodową krainę zaludniają bowiem postacie barwne i co najmniej niekonwencjonalne - czy będzie to osamotniona, mieszkająca z surową babcią 14-latka (która udzieli Jomarowi gościny, gdy ten zapadnie na śnieżną ślepotę), czy młody chłopak, którego zawzięta homofobia wydaje się cokolwiek podejrzana, czy sędziwy mędrzec pogodzony z własną śmiercią, zimujący w namiocie na środku skutego lodem jeziora. Wizyty Jomara w ich odosobnionych domostwach to krótkie scenki z teatru absurdu: Langlo ma poczucie humoru zbliżone do Jima Jarmuscha czy Aki Kaurismakiego (czy swojego rodaka Benta Hamera od "Historii kuchennych"), dzięki czemu udaje mu się nadać tej niewesołej odysei dyskretnie komediowy ton, który brzmi czysto, nie fałszywie.
Jak każdy film z tego "amerykańskiego" gatunku, "Białe szaleństwo" ma luźną, epizodyczną strukturę, ale ani przez chwilę nie nuży (w pewnym sensie po prostu nie zdąży - trwa zaledwie 78 minut). Opowieść jest oszczędna i lakoniczna, montaż chwilami aż zbyt szybki, a gdyby kogoś jednak znudziły jednostajnie białe (skądinąd bardzo piękne) krajobrazy, zawsze może przymknąć oczy i posłuchać bardzo ciekawej, wyrastającej z "bluegrassowych" korzeni muzyki. Haczykiem dramaturgicznym filmu jest pytanie: jak wypadnie konfrontacja Jomara z jego własnym synem? Sposób, w jaki Langlo odpowiada na to pytanie, jest zaskakujący, niektórych widzów może rozczarować, ja jednak uważam puentę za znakomitą i optymalnie optymistyczną.