Ekranizacja pierwszej części bestsellerowej trylogii Stiega Larssona jest bardzo porządnym i solidnym kryminałem (przedstawicielem gatunku zanikającego, wypieranego przez thrillery), wprawnie kondensującym zawartość ponad 600-stronicowej powieści. Oczywiście, wszystko tu jest bardziej składane mechanicznie niż rosnące organicznie i miłośnicy powieściowego oryginału (do których się zaliczam) mają prawo odczuwać pewien niedosyt, ale i tak jest to adaptacja znacznie bardziej udana od wszystkich prób przeniesienia na ekran innego szwedzkiego mistrza, Henninga Mankella.
Mikael Blomkvist (Nyqvist z "Jak w niebie"), 40-letni dziennikarz śledczy, wkrótce po przegranej sprawie sądowej z szemranym biznesmenem, który oskarżył go o zniesławienie, otrzymuje nietypową propozycję od sędziwego właściciela potężnego, rodzinnego koncernu Henryka Vangera (Bertil-Taube). Ma mianowicie rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia przed 40 laty ukochanej bratanicy potentata, która najprawdopodobniej została zamordowana przez jednego z członków rodzinnego klanu. Blomkvist propozycję przyjmuje; udaje się na niewielką wyspę, gdzie mieści się siedziba rodu Vangerów i rozpoczyna tam "historyczne" śledztwo, w którym nieocenioną pomocą służy mu genialna hakerka i niezwykle inteligentna "riserczerka" Lisbeth Salander (Rapace)...
Owa Lisbeth jest tu, podobnie jak w książce, co najmniej równorzędną (jeśli wręcz nie ważniejszą od Blomkvista) bohaterką opowieści. A w każdym razie dużo psychologicznie ciekawszą i ostrzej wyrysowaną: drobna jak Dorota Masłowska, w czarnej skórze, z tatuażem i kolczykami, "samoswoja", postępująca według własnego kodeksu, pokręcona, ze straszliwą rodzinną traumą, naznaczona pewnym epizodem z wczesnej młodości, który do tej pory determinuje jej sytuację prawną. Dla widza polskiego, wyobrażającego sobie Szwecję jako wzór państwa demokratycznego i przestrzegającego praw obywatelskich, stopień jej ubezwłasnowolnienia wydaje się wręcz niewiarygodny, no, ale w tej kwestii trzeba jednak zaufać autorowi. Lisbeth ma w związku z tym poważny problem ze swoim - wyjątkowo obleśnym - kuratorem sądowym i nim włączy się aktywnie w dochodzenie Blomkvista, musi go rozwiązać...
Wątek ten dotyka sprawy bardziej ogólnej, w zasadzie najważniejszego tematu "Millennium...", a mianowicie seksualnego wykorzystywania kobiet i wykorzystywania dominującej pozycji mężczyzn aż po najskrajniejsze konsekwencje tej przewagi. Larsson (a za nim Oplev) nie oszczędza też swojego społeczeństwa pod innymi względami (o których z braku miejsca nie będę się rozpisywał), co stanowi cenny "naddatek" sprawnej i logicznie poprowadzonej intrygi kryminalnej. Jeśli można "Millennium..." coś zarzucić, to bardziej telewizyjny niż filmowy język narracji oraz oklapnięcie napięcia w ostatnich 20 minutach. Gdy mija osobiste zagrożenie, a drastyczna sprawa, która pojawiła się w trakcie zagłębiania się Blomkvista i Salandera w mroczne tajemnice straszliwej rodzinki Vangerów, zostaje rozstrzygnięta - reszta jest już mniej ważna i pozostaje tylko mechaniczne wykańczanie wątków. Ale całość mimo mamuciego rozmiaru (145 minut) nie nuży.