Tytuł filmu ma kojarzyć się z "Nigdy w życiu", "Tylko mnie kochaj" czy TVN-owskim "Teraz albo nigdy". Ale debiutant Wojciech Pacyna chce też zawalczyć o widownię inną - nie przypadkiem "Nigdy nie mów nigdy" opisywane było na etapie produkcji jako "współczesny film obyczajowy z elementami komediowymi". Co jednak z tego połączenia wyszło?
Imponująco staranny makijaż Amy (Dereszowska), jej idealnie dopasowane przez stylistę ubrania, zimna pewność ruchów i stonowany, unikający emocji ton głosu: wszystko świadczyć ma o tym, że to kobieta sukcesu, chodzący dowód na emancypację płci pięknej. Ale Ama ambicje ma też w życiu osobistym, w swojej perfekcyjnie zmontowanej układance brakuje jej jednego elementu - do satysfakcji stuprocentowej potrzebuje dziecka. Ale dzieci mieć nie może. Decyduje się na adopcję, z kobiety brutalnie oceniającej innych (jest zawodowym "łowcą głów") zmienia się w kobietę ocenianą przez socjalno-adopcyjny system. Gdy już prawie jest u celu, zalicza obyczajową wpadkę - podczas inspekcji urzędniczek z domu dziecka zostaje w jej sypialni odkryty mężczyzna. Marek (Wieczorkowski) jest jednonocną (ściślej: paronocną) przygodą, ale dla urzędniczek młodzieniec bez bielizny znaczy więcej niż gustownie urządzony pokój dziecięcy, dobre serce i stabilne zarobki adopcyjnej matki razem wzięte.
Wszystkie te fakty reżyser opowiada w tonie serio, humoru używa oszczędnie, chwilami nie wiadomo zresztą, czy patrzymy na nieudany żart, czy może na żart, który w założeniu miał być śmieszny niezauważalnie. "Nigdy nie mów nigdy" stawia na rozrywkę inną niż choćby w "Lejdis", od rechotu publiczności woli wyciskanie łez, a Anna Dereszowska, wciśnięta w kostium bizneswoman, gra na szczęście wbrew regułom komediowo-romantycznego sitcomu. Przy ocenie filmu Pacyny nieodzowne jest jednak wyświechtane zastrzeżenie: "jak na polskie kino popularne" docenić trzeba sprawny scenariusz, zwrócić warto uwagę na przyzwoitą realizację i - w niektórych wypadkach - aktorstwo, które nie irytuje amatorszczyzną. Ale dlaczego porównywać "Nigdy nie mów nigdy" z kinowymi telenowelami made in Poland, a nie np. z rozrywkowym kinem z Czech?
Żal, że twórcy zatrzymali się w pół drogi: chcieli zrobić film niegłupi, trochę zabawny i trochę wzruszający, ale nie wyszli poza banał. "Duchowe przeżycie jest w filharmonii, tu jest porodówka" - celnie zauważa położna. Ale tu żadnego brudu nie ma - jest tylko wirtualny świat, są wymuskane do bólu mieszkania i sterylne biura, w których nie wiadomo, za co się płaci, bo na pewno nie za pracę. Grany przez Jana Wieczorkowskiego Marek pełni rolę scenograficznego dodatku, Lenek, nastoletni syn Edyty (Olszówka), przyjaciółki Amy, przez cały film wyłącznie gotuje albo zajmuje się osieroconymi psami. Wytykam te absurdy, bo "Nigdy nie mów nigdy" to kolejny dowód, jak trudno u nas o przyzwoite kino komercyjne, które nie utopi się w banałach, w stylistyce glamour i psychologii rodem z polskiego serialu. Jedyną postacią, którą kupuję bez zastrzeżeń, jest tu neurotyczna matka: świetna Anna Romantowska gra rolę jakby z innego, lepszego filmu, śmieszy, ale jest prawdziwa na wskroś, niby powiela wzorzec polskiej kołtunki, a jednak ładnie ją "uczłowiecza". Debiut Pacyny pewnie skazany jest na sukces, ale po jego obejrzeniu wciąż nie wiem, jakie kino reżyser chce robić, czym zamierza się odróżnić od innych. Przyzwoite, bezbarwne rzemiosło to mało.