Animowane kino science fiction, które nie epatuje fontanną kolorów, nie próbuje w każdej scenie uwodzić żartem, za to nie boi się ponurej wizji wszechświata w przyszłości - to rzadkość. Jesteśmy na planecie zwanej Terra: w powietrzu fruwają wieloryby, starsi mieszkańcy (stwory przypominające kijanki) dbają o podział obowiązków i opiekę zdrowotną, a najmłodsi uczą się w szkołach, względnie w wolnych chwilach ścigają ze sobą na latających maszynach. Zło przychodzi z zewnątrz - i nie chodzi o gniew bogów, ale o inwazję ludzi, którzy z braku miejsca do życia zdecydowali się na inwazję w kosmosie.
Zrealizowana w 2007 r. produkcja - teraz odświeżona, bo przetransponowana na format 3D - w jakimś sensie zapowiadała nurt katastroficznych w wymowie animacji, do których zalicza się choćby najsłynniejszy "Wall-E". W filmie Aristomenisa Tsirbasa Ziemia została przez ludzi wyeksploatowana do cna, opanowane przez człowieka Mars i Wenus stały się ofiarą wojny, a Terra jest dla homo sapiens ostatnią szansą. Szansą, którą ludzie chcą wykorzystać metodą siły, bo - jak wynika z filmu - do bardziej wyrafinowanych środków nie są zdolni.
Nie wszyscy, oczywiście. "Terra 3D" to bowiem przede wszystkim film o przyjaźni ponad podziałami, ponad rasami i gatunkami, ponad planetami nawet - sympatyczna kijanka uratuje życie z początku gruboskórnemu żołnierzowi, a ten postanowi się za pomoc odwdzięczyć. Natura ludzi, podobnie jak natura "dorosłych" stworów-kijanek, niewiele ma wspólnego ze szlachetnością, ale przyszłość świata zależy od nietuzinkowych jednostek.
Jest w tym filmie sporo walk i scen dla najmłodszych widzów dość przerażających, dużo patosu i edukacyjnych, ekologiczno-umoralniających wtrętów, a wszystko w formie efektownych komputerowych obrazków, które zwłaszcza w wersji trójwymiarowej mają za zadanie raczej przytłaczać, niż uwodzić. Szkoda więc, że ta animowana antyutopia jest jednak w wymowie dość powierzchowna, w podziałach na dobrych i złych mocno schematyczna, a w rozwoju fabuły - nieco przewidywalna.
"Terra 3D" ma jednak jeden, niezaprzeczalny atut - to niejaki Giddy, robot przypominający Wall-E, który co prawda - jak sam mówi - nie został zaprogramowany w sposób, który pozwala mu na sarkazm, a jednak komentuje wydarzenia i postaci ze szlachetnie piękną ironią. I jeszcze jeden ważny, polski akcent - muzykę skomponował Abel Korzeniowski, którego kariera na Zachodzie zaczyna się imponująco rozwijać.