W tym niezwykłym dokumencie stajemy się świadkami rytuału przejścia - stopniowego "oddzielania się ciała od świadomości", zatapiania w "krystalicznie czystym świetle". W drugiej części filmu tę ostateczną "podróż" próbują oddać animacje Ishu Patela, w których świadomość zmarłego walczy z własnymi wyobrażeniami, przybiera coraz to nowe formy. Ale naprawdę wstrząsająca jest część pierwsza - nie ma żadnego upiększania, żadnych wizualizacji. Jest tylko ludzka wiara, tekst Tybetańskiej Księgi Umarłych i rozkładające się ciało tego, który umarł.
Nie pamiętam dokumentu, w którym śmierć pokazywana byłaby w sposób tak dosłowny, naturalistyczny i naturalny jednocześnie. Przez 49 dni ciało zmarłego wciąż pielęgnowane jest w domu - zgodnie z buddyjskim rytuałem odczytuje się mu kolejne wersy Tybetańskiej Księgi Umarłych, które odgrywają rolę przewodnika w wędrówce do światła, do nowego wcielenia. Rytuał, który próbuje pogodzić nas z tym co nieodwracalne? Obraz głębokiej wiary prostych ludzi, którzy w tym, co brutalnie fizjologiczne, w rozpadzie ciała, próbują ocalić duchowość? Portret buddyjskiej społeczności, która różni się tym od zachodniej, że pozbawiona jest naszego największego lęku?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma - "Tybetańska Księga Umarłych" wchodzi w obcy, intymny świat swoich bohaterów, ale jednocześnie odwołuje się do tego, co obce i intymne w nas. Obrazy, które oglądamy, są w filmie nieustannie komentowane - przez rytuał przejścia przeprowadza nas stonowany, mocny głos narratora. Jest nim Leonard Cohen - może mówi za dużo, może za rzadko milczy, ale stopniowo jego manieryczna narracja przestaje przeszkadzać. Wprowadza w trans.
Przypadkowo pytani na targu mieszkańcy mówią, że śmierci się nie boją. Dalajlama XIV nazywa ją naturalną zmianą starego, zniszczonego "ubrania" na nowe. Ale gdy w górskiej wsi umiera 42-letni mężczyzna, rozpaczające kobiety musi uciszać mnich. W kanadyjsko-francuskim dokumencie sprzed 15 lat śmierć nie jest ładna. Mimo wiary w reinkarnację nie ma w sobie nic radosnego. Pozostaje tajemnicą, którą film próbuje oswoić, ale której nie stara się zrozumieć.
Jednym z najważniejszych bohaterów jest dla mnie ciężko chory mężczyzna, który wie, że niedługo umrze. W hospicjum odwiedza go członek społeczności "przygotowującej" do śmierci, uświadamiającej jej nieuchronność (Living/Dying Project). Mówi o Tybetańskiej Księdze Umarłych, zaczyna ją czytać. Nic efektownego z pozoru się nie dzieje, zmienia się tylko twarz chorego. Ale tę twarz trudno zapomnieć.