Dokument tytułowych Yes-menów, czyli Andy'ego Bichlbauma i Mike'a Bonanno, szturmem zdobywa publiczność: film zgarnął już nagrody widzów m.in. w Berlinie i podczas organizowanego w Warszawie Planete Doc Review. "Yes-meni naprawiają świat" to kino zabawne i przerażające, politycznie niepoprawne, chwilami błazeńskie, ale w istocie ponure, bo udowadniające, że wbrew tytułowi świata naprawić się nie da.
Dwaj Yes-meni próbują ruszyć sumienia przez prowokację. A to ogłaszają światu wymyśloną przez siebie kapsułę, która najbogatszym pozwoli rzekomo uchronić się przed terrorystami, atomową wojną i wszystkimi innymi niebezpieczeństwami czyhającymi na ludzkość, a to wymyślają specjalny kalkulator, który przelicza, ile kosztuje życie tanich robotników z Trzeciego Świata. Potrafią wprosić się na konferencję, gdzie zajadającym podwieczorek biznesmenom prezentują pomysł na produkowane z ludzkiego mięsa świece, dzięki którym rozwiązany mógłby zostać globalny problem energetyczny. Są w stanie nawet zasiąść przed kamerami BBC, by podając się za rzecznika koncernu Dow Chemical, ogłosić wypłatę odszkodowań dla ofiar spowodowanej przez firmę katastrofy ekologicznej.
Cel tych i innych akcji jest prosty: udowodnić brutalny cynizm światowego biznesu, wyłowić absurdy gigantycznych korporacji (Dow Chemical odszkodowań nie wypłaciło, za to wydało miliony dolarów na kampanię reklamową, by przywrócić zaufanie klientów do swojej firmy). I to się bezsprzecznie udaje. Ale czy coś jeszcze?
W Berlinie Yes-meni wystąpili w przebraniu "spuchniętych" kosmonautów i żądali natychmiastowego zaprzestania produkcji samochodów w koncernie, który sponsorował festiwal. Ale produkcja - oczywiście - trwa nadal. Wyjątkowo pomysłowa dwójka idealistycznych alterglobalistów chyba zdaje sobie sprawę, że podejmuje walkę z wiatrakami. Jednak z drugiej strony z ludzkością byłoby naprawdę fatalnie, gdyby takich właśnie Don Kichotów zabrakło.