Pokazywać świat, na jaki nie chcemy patrzeć, odsłaniać brudy, które wolelibyśmy przemilczeć: tę cechę swojego kina Wojciech Smarzowski udowodnił już w "Weselu". "Dom zły" jest krokiem do przodu - kapitalnie dojrzałym obrazem twórcy, który idzie pod prąd, chce raczej widzem wstrząsnąć niż go pokrzepić, bardziej jątrzy niż rozgrzesza.
Ślizgający się po drodze, milicyjny polonez między śnieżnymi zaspami i opowieść Edwarda Środonia (Jakubik), którego widzimy z żoną "zapoznaną na weselu u kolegi": od początku fabuła filmu biegnie dwutorowo. Z jednej strony - kryminalne śledztwo z roku 1982, które wykryć ma sprawcę zbrodni, o której dowiemy się na końcu. Z drugiej - historia zootechnika, który cztery lata wcześniej stracił żonę, później pracę, a wreszcie sprzedał swój dom i wyjechał do pracy w pegeerze w Lutowiskach: "Chciałem uciec".
Dużo później dowiemy się, że ten sam Środoń w 1976 roku brał udział w podpaleniu Komitetu Wojewódzkiego w Radomiu. Ale w filmie polityczne burze przechodzą bokiem ("mnie polityka nie interesuje" - mówi prowadzący śledztwo, gdy widzi księdza słuchającego Wolnej Europy). Poza drobnymi sygnałami nie ma odniesień ani do solidarnościowego zrywu, ani do stanu wojennego: Polska roku 1978 to wiejska chałupa pędzącego bimber Dziabasa (Dziędziel) i jego żony (Preis), do której przypadkiem trafia Środoń. Polska roku 1982 to milicyjne piekiełko zwykłych funkcjonariuszy, którzy ustawiają się w kolejce po wódkę, podkładają sobie świnie i ratują nawzajem "tyłek", rozgrywają własne interesy zgodnie z zasadą: "ja mam coś na ciebie, ty masz coś na mnie".
Smarzowski stosuje znakomity zabieg narracyjny: niemal całą uwagę skupia na pytaniu o to, co wydarzyło się pewnej burzowej nocy w domu Dziabasa, kto zabił i kto został zabity. Ale gdy coś w tej kryminalnej zagadce zaczyna się wyjaśniać, nabierają nagle sensu wątki poboczne, pozornie nieznaczące: ciąża policjantki, obfitująca w wypadki droga z rzekomo ostrym zakrętem, posiadający dowody na malwersacje w pegeerze poprzednik Środonia w Lutowiskach, który zaginął bez śladu. "Tu nie jest Ameryka, żeby tak ludzie ginęli" - mówi Środoń Dziabasowi. Film Smarzowskiego - świadomie przerysowany, brutalny, apolityczny - być może w tym jest najodważniejszy, że pokazuje PRL jako tytułowy "dom zły", w którym pojedyncze życie nie znaczy nic. A ludzie faktycznie ginąć mogą ot tak.
Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że fabuła w "Domu złym" jest w zasadzie prosta i szkicowa: Smarzowski od akcji woli jednak realistyczne "mięso", bardziej interesuje go autentyzm konkretnej chwili, sceny, rozmowy niż budowanie "story". "Dom zły" jest zbudowany z takich właśnie naturalistycznych detali - to film gęsty, nasycony, ale tym, co wzbudza obrzydzenie. Smarzowski pokazuje świat unurzany w błocie i gnojówce, w strugach krwi i rzygowinach po zbyt dużej ilości wódki.

Prości wieśniacy nie różnią się tu niczym od milicjantów w mundurze (znakomite role Bartłomieja Topy, Mariana Dziędziela, Kingi Preis, Arkadiusza Jakubika, ale też świetni aktorzy na drugim planie). O ile jednak przaśne, banalne zbrodnie zwykłych ludzi kończą się groteskowo sformalizowanym śledztwem (muzyka Mikołaja Trzaski - sprowadzona do złowrogich pisków - kojarzyć się może z programem "997"), o tyle przestępstwa tych drugich są elementem brutalnej gry, w której zasadą naczelną jest zmowa milczenia.
Najbardziej doceniam w tym filmie brak morału, który zastępuje niezwykły finał: oddalająca się kamera pokazuje z coraz szerszej perspektywy polski mikroświat, o którym nie chcemy pamiętać. Ale może nie do końca, skoro publiczność Warszawskiego Festiwalu Filmowego właśnie "Domu złemu" przyznała swoją nagrodę?
"Dom zły" Polska 2009. Reż. Wojciech Smarzowski. Aktorzy: Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Kinga Preis, Bartłomiej Topa, Katarzyna Cynke, Sławomir Orzechowski, Robert Więckiewicz, Eryk Lubos