Dom zły *****

PAWEŁ T. FELIS
2009-11-27, ostatnia aktualizacja 2009-11-27 11:50
''Dom zły''
''Dom zły''

Nowy film twórcy głośnego "Wesela"

Dom zły
Dom zły
 Dom zły
Dom zły
ZOBACZ TAKŻE
Filmy
Pokazywać świat, na jaki nie chcemy patrzeć, odsłaniać brudy, które wolelibyśmy przemilczeć: tę cechę swojego kina Wojciech Smarzowski udowodnił już w "Weselu". "Dom zły" jest krokiem do przodu - kapitalnie dojrzałym obrazem twórcy, który idzie pod prąd, chce raczej widzem wstrząsnąć niż go pokrzepić, bardziej jątrzy niż rozgrzesza.

Ślizgający się po drodze, milicyjny polonez między śnieżnymi zaspami i opowieść Edwarda Środonia (Jakubik), którego widzimy z żoną "zapoznaną na weselu u kolegi": od początku fabuła filmu biegnie dwutorowo. Z jednej strony - kryminalne śledztwo z roku 1982, które wykryć ma sprawcę zbrodni, o której dowiemy się na końcu. Z drugiej - historia zootechnika, który cztery lata wcześniej stracił żonę, później pracę, a wreszcie sprzedał swój dom i wyjechał do pracy w pegeerze w Lutowiskach: "Chciałem uciec".

Dużo później dowiemy się, że ten sam Środoń w 1976 roku brał udział w podpaleniu Komitetu Wojewódzkiego w Radomiu. Ale w filmie polityczne burze przechodzą bokiem ("mnie polityka nie interesuje" - mówi prowadzący śledztwo, gdy widzi księdza słuchającego Wolnej Europy). Poza drobnymi sygnałami nie ma odniesień ani do solidarnościowego zrywu, ani do stanu wojennego: Polska roku 1978 to wiejska chałupa pędzącego bimber Dziabasa (Dziędziel) i jego żony (Preis), do której przypadkiem trafia Środoń. Polska roku 1982 to milicyjne piekiełko zwykłych funkcjonariuszy, którzy ustawiają się w kolejce po wódkę, podkładają sobie świnie i ratują nawzajem "tyłek", rozgrywają własne interesy zgodnie z zasadą: "ja mam coś na ciebie, ty masz coś na mnie".




Smarzowski stosuje znakomity zabieg narracyjny: niemal całą uwagę skupia na pytaniu o to, co wydarzyło się pewnej burzowej nocy w domu Dziabasa, kto zabił i kto został zabity. Ale gdy coś w tej kryminalnej zagadce zaczyna się wyjaśniać, nabierają nagle sensu wątki poboczne, pozornie nieznaczące: ciąża policjantki, obfitująca w wypadki droga z rzekomo ostrym zakrętem, posiadający dowody na malwersacje w pegeerze poprzednik Środonia w Lutowiskach, który zaginął bez śladu. "Tu nie jest Ameryka, żeby tak ludzie ginęli" - mówi Środoń Dziabasowi. Film Smarzowskiego - świadomie przerysowany, brutalny, apolityczny - być może w tym jest najodważniejszy, że pokazuje PRL jako tytułowy "dom zły", w którym pojedyncze życie nie znaczy nic. A ludzie faktycznie ginąć mogą ot tak.

Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że fabuła w "Domu złym" jest w zasadzie prosta i szkicowa: Smarzowski od akcji woli jednak realistyczne "mięso", bardziej interesuje go autentyzm konkretnej chwili, sceny, rozmowy niż budowanie "story". "Dom zły" jest zbudowany z takich właśnie naturalistycznych detali - to film gęsty, nasycony, ale tym, co wzbudza obrzydzenie. Smarzowski pokazuje świat unurzany w błocie i gnojówce, w strugach krwi i rzygowinach po zbyt dużej ilości wódki.




Prości wieśniacy nie różnią się tu niczym od milicjantów w mundurze (znakomite role Bartłomieja Topy, Mariana Dziędziela, Kingi Preis, Arkadiusza Jakubika, ale też świetni aktorzy na drugim planie). O ile jednak przaśne, banalne zbrodnie zwykłych ludzi kończą się groteskowo sformalizowanym śledztwem (muzyka Mikołaja Trzaski - sprowadzona do złowrogich pisków - kojarzyć się może z programem "997"), o tyle przestępstwa tych drugich są elementem brutalnej gry, w której zasadą naczelną jest zmowa milczenia.

Najbardziej doceniam w tym filmie brak morału, który zastępuje niezwykły finał: oddalająca się kamera pokazuje z coraz szerszej perspektywy polski mikroświat, o którym nie chcemy pamiętać. Ale może nie do końca, skoro publiczność Warszawskiego Festiwalu Filmowego właśnie "Domu złemu" przyznała swoją nagrodę?


"Dom zły" Polska 2009. Reż. Wojciech Smarzowski. Aktorzy: Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Kinga Preis, Bartłomiej Topa, Katarzyna Cynke, Sławomir Orzechowski, Robert Więckiewicz, Eryk Lubos