James Cameron, autor m.in. dwóch pierwszych, najlepszych "Terminatorów" oraz największego triumfu komercyjnego w dziejach kina, czyli "Titanica", napisał scenariusz "Avatora" ponad dziesięć lat temu, ale uznał, że ówczesne możliwości techniczne filmu są zbyt ograniczone, aby oddać na ekranie jego wizję. Inna wersja zdarzeń głosi, że aby sprostać jego wyśrubowanym oczekiwaniom, film musiałby kosztować ok. 400 mln dol., na co żadne studio nie chciało się zgodzić (nie są to zresztą wersje wykluczające się). Tak czy inaczej po zgarnięciu Oscarów za "Titanica" i ogłoszeniu się na ceremonii ich wręczania królem świata reżyser zaszył się na dnie oceanu (czego efektem był m.in. pokazywany w Polsce dokument "Obcy z głębin"), gdzie spokojnie czekał, aż technika filmowa się rozwinie (albo producenci zmiękną). I podobno dopiero po obejrzeniu postaci Goluma z "Władcy pierścieni" uznał, że osiągnęła ona poziom wystarczający, aby spełnić jego wyobrażenia.
I oto otrzymujemy owoc jego czteroletniej pracy: film, którego budżet grubo przekroczył 300 mln (dane są zresztą różne, gdyż w żadnej innej dziedzinie tzw. kreatywna księgowość nie ma aż takiego pola do popisu - mówi się nawet o pół miliarda). Cameron, nawiasem mówiąc, jest rekordzistą w przekraczaniu kolejnych setek: jego "Terminator 2" jako pierwszy przekroczył granicę 100 mln, "Titanic" - 200 ("Wodny świat" Kevina Costnera, wbrew zapowiedziom, był jednak tańszy). Ale mniejsza już o pieniądze. "Avatar" zapowiadany jest jako film przełomowy, rewolucyjny, tak jak w swoim czasie "Gwiezdne wojny" Lukasa. Nowa technologia trójwymiarowa, ultranowoczesne kamery, rekordowa ilość ujęć, 40 proc. zdjęć naturalnych, 60 proc. efektów specjalnych itd. Ma to wszystko dawać wrażenie absolutnego realizmu, zburzyć niewidzialną "czwartą" ścianę między ekranem a widownią.
Kilka słów o jego treści. Jest rok 2154, od trzydziestu lat potężna międzynarodowa korporacja próbuje eksploatować zasoby naturalne na planecie (księżycu planety?) o nie najlepiej się kojarzącej nazwie Pandora. Na Pandorze ciężko oddychać, jej mieszkańcy - ponadtrzymetrowe stwory o błękitno-kobaltowej skórze i złocistych oczach zwane Na'vi - są nieprzychylnie usposobieni wobec ziemskich przybyszów, wobec czego ci posługują się "avatorami", hybrydalnymi istotami (ludzkie DNA przemieszane z DNA Na'vi), którzy niejako w ich zastępstwie penetrują nieprzyjazny teren.
Na Pandorę zostaje wysłany pewien sparaliżowany, poruszający się na wózku inwalidzkim ekskomandos imieniem Jake (australijski, niezbyt znany aktor Worhington; jest zresztą charakterystyczne, że w tej superprodukcji nie ma żadnych - może oprócz Sigourney Weaver - gwiazd). Jake początkowo karnie wypełnia swoją misję (mniejsza już o jej cel), ale gdy poznaje w bardzo zresztą dramatycznych okolicznościach miejscową księżniczkę Neytiri (komputerowo przerobiona Saldana), jego perspektywa widzenia się zmienia. Zaczyna rozumieć racje żyjących w zgodzie z naturą mieszkańców Pandory, przeciwstawia się agresywnemu wojskowemu na korporacyjnym żołdzie itd. Czyją stronę - swoich ziemskich zleceniodawców czy też łagodnych Na'vi - ostatecznie weźmie?
Mamy tu więc konflikt lojalności, międzyplanetarną love story, pokojowe przesłanie, ale przede wszystkim feerię efektów specjalnych (warto przypomnieć, że z jednym tylko wyjątkiem wszystkie filmy Camerona otrzymywały w tej kategorii oscarowe nominacje). A więc niesamowitą scenerię egzotycznej dżungli, zamieszkujące ją przedziwne, fantazyjne zwierzęta, a także spektakularne starcie militarne między rdzennymi mieszkańcami Pandory a pazernymi, wojowniczymi Ziemianami. Za kim wtedy zresztą będziesz, drogi widzu?
Bardzo chciałbym ten film zobaczyć. Najchętniej oczywiście zawczasu, aby móc ocenić, co z tych niezwykle obiecujących obietnic przedostało się na ekran - i podzielić się swoimi impresjami z czytelnikami "CJG". Niestety, kopia "Avatara" jest strzeżona pilniej niż plany Pentagonu dotyczące wiosennej ofensywy w Afganistanie. Myślę jednak, że w tym przypadku można iść w ciemno. Cameron jest najlepszym w tej chwili reżyserem tego rodzaju widowisk - bijącym na głowę Spielberga, górującym nawet nad Peterem Jacksonem. Wierzę w niego, wierzę w "Avatara".