Artur i zemsta Maltazara **

PAWEŁ T. FELIS
2009-12-31, ostatnia aktualizacja 2009-12-29 21:22
Artur i zemsta Maltazara
Artur i zemsta Maltazara
Artur i zemsta Maltazara

Francja 2008 (Arthur et la vengeance de Maltazard). Reż. Luc Besson. Aktorzy: Freddie Highmore, Ron Crawford, Mia Farrow. W wersji polskiej: Kajetan Lewandowski, Włodzimierz Matuszak, Ewa Kania, Daniel Olbrychski, Michał Milowicz, Jacek Braciak

Aktorsko-animowany film z gatunku frywolnie niekoniecznych, w oglądaniu dość przykry, sprowadzający Bessona do roli miksera: poci się on, dyszy i sapie, wchłania coraz to nowe, pstrokate składniki pomysły tylko po to, by ten fajerwerk kształtów, barw, tudzież przyrodniczych stworów bez silnika zmienić w mamałygę koloru nieokreślonej bliżej buro-szarości.

Wiem, wprost nie wypada nie pokochać 12-letniego Artura (Highmore), który godzinami obejmuje drzewo, śpi z niedźwiedziem, a dostawszy od mniejszych niż mrówka Minimków wiadomość wystruganą na ziarenku ryżu ("HELP!"), rusza na ratunek wbrew rodzicom, wbrew logice, wbrew wszelkim prawom fizyki. Wiem, ciężkim grzechem jest kpienie z jego mądralowatej ciamkowatości i misternie wystylizowanej przez animatorów fryzury a la unowocześnione lekko, późne lata 80. Jest przecież pięknie i strasznie, jest słodko i bardzo popowo. Niejaki Max w mikroskopijnej wersji rozbestwionego moralnie Las Vegas czai bazę do tego stopnia, że z jego paplaniny stare pierniki (jak niżej podpisany) rozumieją co piąte zdanie. Piękna Selena nosi kuse stroje i "ślicznie pachnie". Emerytowany mąż Mii Farrow - dziadek doskonały, bo waleczny i trzymający z młodymi - tylko przypadkiem nie wypowiada słów z pamiętnej reklamy cukierków ("dziś sam jestem dziadkiem "). Tak, sequel "Artura i Minimków" powala wprost psychologiczną finezją i filozoficznymi mądrościami: wiedziałem, że kobieca rzecz wiernie czekać, ale że "mąż jest po to, żeby ratować żonę", nie miałem dotąd pojęcia.

Trzeba być zresztą wyjątkowo wrednym, żeby nie docenić, jak bardzo Besson dla młodego widza wychodzi ze skóry. Ulubionym zabiegiem w filmie jest przecież retrospekcja, notoryczna repetycja, wplecione w fabułę ministreszczenia dla głąbów. Ot taki choćby Maltazar, który objawia się dopiero w końcówce - wchodzi na scenę i głosem Daniela Olbrychskiego wyjaśnia przez bodaj kilkanaście minut po bożemu, gdzie był, co robił i dlaczego chce być duuuuży.

Boję się tylko, że Bessonowi trzeba spieszyć na ratunek. Nic to, że do obsługi miał "najnowsze oprogramowanie firmy BUF" (z pressbooka) i speców od 3D, nieważny "Wielki błękit" i "Leon zawodowiec". Głusi na zasługi Francuzi najwyraźniej ukradli mu filmową taśmę: "Artur " nie kończy się, ale ucina z głupia frant, jakby krwiożerczy producent zorientował się któregoś dnia, że limit celuloidu został wyczerpany. Czytam, że "ciąg dalszy nastąpi" i czekam, puchnę od tej ciekawości (zadziwiając dziwięcioletniego syna, który dalsze losy Maltazara i Artura ma gdzieś). Podobne napięcie wywoływał we mnie dotąd tylko poczciwy "Klan" ucinany zawsze w środku fundamentalnej kwestii: czy Krysia wsypie do właśnie zaparzonej herbaty dwie łyżeczki cukru, czy trzy?

  • Re: Artur i zemsta Maltazara ** tomaso_b 08.01.10, 23:01

    A ja byłem z dziećmi - 4-6 lat. Film bez ograniczeń a sceny były takie żechcieliśmy wyjść. Zaczyna się genialnie, ale to film dla dzieci od lat 12. Kupastrasznych potworów, tekstów, agresji.»