Kiedy Tilda Swinton rok temu nagrodziła w Berlinie obraz Claudii Llosy Złotym Niedźwiedziem, szeptano pokątnie i rzecz jasna złośliwie: "Film o ziemniaku w waginie najlepszy?". "Gorzkie mleko" tyle ma jednak wspólnego z etnograficznym dziwactwem co "Avatar" z "Odyseją kosmiczną" Kubricka. Imponujące, jak ta 33-letnia reżyserka z Peru, która na koncie ma dopiero dwa filmy (debiutowała świetną "Madeinusą"), próbuje we współczesnym kinie mówić (czy raczej - czego dowodzi najnowszy obraz - "śpiewać") po swojemu: brawurowo porusza się między egzotycznym dla nas realizmem i mitem, zmyśleniem i faktem, przeszłością i czasem współczesnym.
W "Gorzkim mleku" jesteśmy na ubogich przedmieściach Limy - weselny karnawał zagłusza rytuały śmierci, długość welonu ważniejsza jest niż pochówek zniszczonych życiem staruszek. Młoda Fausta (gra ją znana z "Madeinusy" Magaly Solier) staje się świadkiem umierania swojej matki, chce ją pochować w rodzinnej miejscowości, ale najpierw musi na to zarobić. Jedzie więc do Limy, zatrudnia się jako pomoc domowa snobistycznej pianistki, a największy zysk ma z improwizowanych przez siebie, nuconych pod nosem pieśni - pani domu skrzętnie wykorzysta je na swoich koncertach, a służącą nagradza za każdy temat perłą. Przynajmniej tak obiecuje.
Lejtmotywem, specyficznym narratorem, esencją jest w filmie niekończąca się pieśń - rzewny tren kobiet, które "na własność" mają tylko swój smutek, wieczny żal, skrzętnie chowany ból zaprzeszły. Wyśpiewuje go w chwili śmierci matka Fausty, wspominająca brutalny gwałt sprzed lat. Śpiewa go też bez końca sama Fausta, zarażona przez matkę mitycznym "mlekiem smutku", obrzydzeniem wobec mężczyzn i strachem przed życiem.
Wspomniany ziemniak to namacalny symbol tego właśnie lęku i obrzydzenia: ma odstraszać ewentualnych gwałcicieli, ale też zadawać fizjologiczny ból, wywoływać krwotoki, prowokować zakażenia. Milcząca niemal przez cały film Fausta jest ofiarą (to dziecko urodzone z gwałtu) i chce być ofiarą (albo raczej nie potrafi nią nie być), ma w oczach bunt, strach, ale też wyssaną z mlekiem matki potrzebę okaleczania samej siebie. Wszyscy - nawet wuj, który chce dotknąć Fausty jak kobiety - wydają się przyciśnięci do ziemi przez fatum, złowrogą konieczność, instynkt ciała. Ale czy rzeczywiście wystarczy pochować matkę, żeby nauczyć się swobodnie oddychać?
Można oczywiście traktować "Gorzkie mleko" jako metaforyczną historię Peru, można szukać tu uniwersalnej przypowieści o traumie społeczeństw obarczonych stygmatem przemocy, można pod lupą analizować pięknie skomponowane kadry i obrazy: rozsypane na podłodze perły, przypominający grobowiec dół, w którym bawią się dzieci. Llosa rozrzuca jednak polityczne aluzje oszczędnie, nie bawi ją tania alegoria. "Gorzkie mleko" - jak wcześniej "Madeinusa" Llosy, która odniosła w Polsce (jak na skromną liczbę kopii) zaskakujący sukces frekwencyjny - ma bowiem w sobie coś więcej niż "przesłanie" i "morał": najważniejszy jest tu transowy rytm, hipnotyzujący puls. Jak w smutnej piosence, która smakuje gorzko, a przecież genialnie rozbraja beznadzieję.