Rewelacyjny, oparty na faktach film Steve'a McQueena - zwycięzca ubiegłorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty (Grand Prix przyznawane przez jury i drugie miejsce w plebiscycie publiczności) - zaczyna się od powracającego później kilkakrotnie ujęcia mężczyzny, który myje ręce i patrzy w lustro. To więzienny strażnik, który co rano zakłada wyprasowaną koszulę, je śniadanie, żegna z żoną i - po sprawdzeniu, czy pod samochodem nie ma bomby - jedzie do pracy. Do tej pracy należą zarówno niewybredne żarty z kolegami, jak i systematyczne masakrowanie więźniów: jest rok 1981, w więzieniu Maze trzymani są bojownicy IRA, którzy domagają się statusu więźniów politycznych.
Toczy się wzajemna, brutalna gra na przetrzymanie. Zamknięci w brudnych celach ze ścianami ubrudzonymi fekaliami więźniowie organizują protest - nie myją się, nie noszą więziennych ubrań (chodzą więc nadzy), o ustalonej godzinie wylewają na korytarz mocz z wiader, wreszcie zaczynają strajk głodowy. Strażnicy stają się coraz bardziej brutalni - każdego dnia urządzają pokaz siły, w torturach pomagają im uzbrojone w pałki oddziały antyterrorystyczne.
Aż trudno uwierzyć, że to obraz debiutanta - nagrodzony w Cannes Złotą Kamerą Steve McQueen, wcześniej twórca wideoartu, kapitalnie potrafi opowiadać obrazami: "Głód" jest zrobiony z precyzją pedanta, ascetycznie, brawurowo, językiem przypominającym skrajnie naprężoną strunę. Zamiast słów padają głównie hasła, komendy, szyfry - w radiu słychać polityczne przemówienia, za kratami przekazywane są tajne wiadomości. "Jesteśmy na linii frontu" - mówi główny bohater, Bobby Sands (Fassbender). Ale w tej wojnie cel jest coraz bardziej zamazany - cel Sandsa, ale też cel tych, którzy ciągną za włosy przez korytarz i terroryzują zimnym strumieniem wody.
W najważniejszej w filmie, kilkunastominutowej scenie Sands rozmawia z katolickim księdzem o Bogu i łotrze, któremu Jezus darował na krzyżu grzechy, o zbiorowym samobójstwie, którym według księdza jest pomysł wspólnej głodówki ("ty mówisz samobójstwo, ja - morderstwo") i sensie ofiary. Głodujący, umierający na naszych oczach Sands jako współczesny Chrystus? Strażnicy jako "obmywający ręce" Piłaci? Mimo wyraźnych aluzji takich prostych wykładni w filmie nie ma - obie strony "wojny" chcą "swojej" sprawiedliwości, obie kierują się po swojemu rozumianą moralnością. I obie znalazły się w sytuacji bez wyjścia, w której terror prowokuje terror.
Wszelkie hasła, cele, wojny przestają mieć znaczenie, gdy patrzymy na powolne, pokazane z detalami, umieranie ciała. Ginie męczennik? Don Kichot? Idealista, dla którego cel był ważniejszy niż środki? "Głód" w oczywisty sposób odwołuje się do współczesności, trudno oglądać go bez świadomości tego, co działo się w więzieniach w Guantanamo czy Abu Graib. McQueen niczego jednak nie narzuca, nie tłumaczy. I może właśnie ta przerażająca pustka, z którą widza zostawia, jest tu najważniejsza.