Będzie głośno ***

Paweł Mossakowski
2010-01-15, ostatnia aktualizacja 2010-01-13 21:45

USA 2008 (It Might Get Loud). Reż. Davis Guggenheim. Aktorzy: Jimmy Page, The Edge, Jack White

Davis Guggenheim otrzymał w 2007 roku Oscara za "Niewygodną prawdę" (którą głosił z ekranu wiceprezydent Al Gore). Teraz diametralnie zmienił zainteresowania: z problematyki globalnego ocieplenia przerzucił się na problematykę rocka (cokolwiek by to znaczyło). W "Będzie głośno" udało mu się zebrać trzech prominentnych gitarzystów rockowych, z różnych pokoleń i o różnych stylach gry (Jimmy'ego Page'a z Yardbirds i oczywiście Led Zeppelin, The Edge'a z U2 i Jacka White'a z White Stripes i Raconteurs), którzy opowiadają o swoich inspiracjach, początkach artystycznych karier, a także stosunku do swojego instrumentu (bardzo proszę nie dowcipkować) - podstawowego dla tego rodzaju muzyki. Elektryczna gitara mogłaby w zasadzie służyć jako logo rocka.

Pomysł zgromadzenia tych muzycznych tuzów w jednym miejscu (przypominającym opuszczony magazyn) wypalił średnio. Chwilami ma się wrażenie, że oglądamy trzech zupełnie obcych sobie facetów, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia. Także wspólne, akustyczne wykonanie w finale utworu "Weight" (pierwotnie granego przez The Band) wypada dość blado. Są to jednak zbyt różne osobowości, a ponadto trudno mimo wszystko stawiać ich w jednym szeregu. Najmłodszy z trójki, White, wydaje się nawet nieco skrępowany wspólnym występowaniem przed kamerą z taką żywą legendą rocka jak siwowłosy, 30 lat od niego starszy Page. Sam jest nie tylko gitarzystą, ale też wokalistą, co z kolei daje mu niejaką przewagę nad jego dwoma sławnymi kolegami akompaniującymi w swoich zespołach charyzmatycznym frontmanom. W każdym razie ten trzyosobowy koktajl nie miksuje się.

Znacznie ciekawiej wypadają przeplatające się indywidualne wypowiedzi na temat ich muzycznych dróg i fascynacji. Page, którego młodość przypadła jeszcze na erę "przedrockową", grał w grupie skifflowej (jest tu kapitalny telewizyjny wywiad z nim z tego okresu, w którym przyszła gwiazda hard rocka zwierza się reporterowi ze swojego marzenia zostania naukowcem), potem był wszechstronnym muzykiem sesyjnym, nim wreszcie zasilił Yardbirdsów (o Led Zeppelin praktycznie nie mówi, ale gra pierwsze dźwięki "Whole Lotta Love" i pokazuje miejsce, gdzie powstało "Stairway to Heaven"). The Edge wychował się w niespokojnym, targanym wybuchami bomb Dublinie lat 70., a pierwszym jego muzycznym odkryciem był punk stanowiący mocne antidotum na przesłodzony pop. White jest białym chłopakiem z czarnego Detroit, który nie "kupił" modnego w latach 80. rapu, a zwrócił się w stronę tradycyjnego, murzyńskiego bluesa z lat 30. Każdy więc z tych trzech wybitnych instrumentalistów kształtował swoje muzyczne oblicze w pewnej opozycji do ówczesnego "mainstreamu".

Wszyscy trzej potrafią też zajmująco mówić o instrumencie, na którym grają i z którym wiąże ich wyczuwalna, intymna więź. Mnie najbardziej utkwiła w pamięci wypowiedź The Edge'a, który, zdradzając tajemnice kuchni, zademonstrował, jak bardzo proste dźwięki wydobywa pierwotnie ze swojej gitary i jak wiele zawdzięcza w tej mierze wszelakiemu technicznemu oprzyrządowaniu. Niekoniecznie więc "technika zabija duszę", jak twierdzi z kolei White.

Dla miłośników rocka (do których się zaliczam) pozycja obowiązkowa, ale przyznam, że oczekiwałem więcej.



















  • Będzie głośno *** yendreck-1 15.01.10, 08:01

    A bedzie glosno napewno,bo Jack White to romantyczny clown, a Jimi z Led Zeppelin dawal kawal dobrej gry w Early Days i Latter Days. Po prawdzie Page robil piekny wokal na gitarze »