Angielski film powielający stare schematy kina amerykańskiego: leciwy Michael Caine udaje Charlesa Bronsona z "Życzenia śmierci" (a ostatnio jeszcze bardziej wiekowego Clinta Eastwooda z "Gran Torino"). Caine gra byłego komandosa armii brytyjskiej, tytułowego Harry'ego Browna właśnie owdowiałego i dożywającego swoich dni w małym mieszkanku ponurego blokowiska w południowym Londynie. Dzielnicą trzęsie banda młodocianych bandytów, którzy znajdują szczególne upodobanie w znęcaniu się nad jego starym przyjacielem i szachowym partnerem Leonardem (czemu zawzięli się właśnie na niego - pozostaje tajemnicą). Gdy Leonard zostaje zamordowany, a okazuje się, że policja ma inne priorytety niż znalezienie sprawców, Harry przypomina sobie o własnej komandoskiej przeszłości i bierze sprawiedliwość w swoje ręce
Zaczyna się to wszystko całkiem niewinnie - jak melancholijna opowieść o samotnym starym człowieku utrzymana w stylu brytyjskiego kina społecznego (Ken Loach, Mike Leigh) - potem następuje skręt w stronę brutalnego thrillera, w którym wkurzony weteran rozprawia się po kolei z rozwydrzonymi gnojkami. Byłaby to absolutna rutyna (filmów o samotnych mścicielach, którzy zastępują niewydolny system prawny, powstały setki), gdyby nie aktorstwo Caine'a i znakomite, utrzymane w pesymistyczno-brunatno-jesiennej tonacji zdjęcia młodego Martina Ruhe. Dawno nie widziałem Londynu tak fotografowanego - i od takiej, bardzo przypominającej warszawski Gocław strony (wszystko to wygląda znajomo i swojsko: widać, że pod pewnymi względami globalizacja postępuje szybko). Nie ma jednak powodu, aby na tak przeciętne filmy kupować bilet do kina - na DVD wystarczy.