Dalszy ciąg przygód wiewiórczych piosenkarzy zaczyna się od koncertu i - jakże by inaczej - od demolki: dzięki szaleństwom Alvina, wiewiórki z wyraźnym ADHD, ich opiekun Dave (Lee) ląduje w szpitalu, a zwierzęce trio trafia pod skrzydła jego kuzyna Toby'ego (Levi). A że Toby jest raczej samotnikiem rozwalającym wszystko, co pojawi się na jego drodze (babcia urządza sobie np. dzięki wnuczkowi ostry zjazd po schodach na wózku, co kończy się szpitalem) i kontaktującym się wyłącznie ze światem komputerowych, opieka nad niesfornymi wiewiórkami to dla niego spore wyzwanie.
Sequel "Alvina i wiewiórek" stawia na pryszczatą codzienność: Alvin, Szymon i Teodor muszą odnaleźć się w szkole. Dziewczyny są zachwycone, chłopcy trochę mniej - będą więc pościgi licealnych osiłków za wiewiórczą gromadą, kąpiele w sedesie i groźnie wyglądające "zabawy" z piłką na wuefie. Dyrektorka szkoły traktuje zresztą nowych uczniów jako szansę na wygranie pewnego ważnego konkursu, ale na drodze stają trzy konkurentki, będące w dodatku pod opieką Iana, który w poprzedniej części filmu chciał z wiewiórek zrobić maszynkę do zarabiania kasy.
Fani notorycznych demolek będą zachwyceni: wiewiórki ciągle coś rozwalają (a to kuchenne sprzęty, a to urządzenia w szpitalu), ciągle gdzieś biegną, przed czymś uciekają i na coś wpadają. Jest też coś dla tych, których dorastanie w szkole - jak w przypadku Toby'ego będącego pośmiewiskiem liceum - nie przebiegało bezboleśnie: nauka w gronie znacznie większych od siebie jest dla wiewiórek prawdziwą szkołą przetrwania. No i jeszcze piosenki przerobione na wiewiórko-polo hity, które w tak dużej dawce zirytować mogą największego stoika. No ale że wiewiórczy biznes musi się kręcić, w przypadku tego filmu czeka nas pewnie jeszcze część trzecia, czwarta, piąta