"A imię jego będzie czterdzieści i cztery" - wieszczył ustami ks. Piotra Mickiewicz. I wywieszczył. Jest rok 2044, świat to jedna wielka ruina, a w tym bagnie lśniący wdzięk Denzela Washingtona, który na twarzy wypisane ma swoje przeznaczenie - tak, to przecież "wskrzesiciel narodu", który "za miliony kocha i cierpi katusze". Sam Washington mówi o sobie per Eli (znaczy Bóg), bo jest przecież w swej mesjańskiej misji niewiarygodnie skromny. Niesie Księgę, idzie "na Zachód", w dodatku od trzydziestu lat - najwyraźniej wcale mu się nie spieszy. Chciałby odpocząć (niedwuznacznie dając do zrozumienia, że najlepiej na łonie Abrahama), ale jaki spoczynek może znaleźć chmurny mężczyzna, który się "kulom nie kłania"?
"I love this guy!" - rzuca Gary Oldman, zepsuty do szpiku burmistrz gangster, gdy Washington ze stoickim spokojem tłumaczy, że Księgi mu nie odda, bo nie znalazł jeszcze dla niej właściwego miejsca. Washington wie zresztą coś, w co ścigający go Oldman ani myśli uwierzyć - Eli chroniony jest przez siły wyższe. "Głos" podpowiada mu, że wszystko przetrwa, "głos" każe nie przejmować się strzelaniną, bo i tak wyjdzie z niej cało. Zabili go i uciekł? No nie, nie cała to prawda - Washington nie ucieka, Washington może co najwyżej czmychnąć śmierci spacerkiem, bez pośpiechu, a potem iść po wyludnionej drodze z dumą, że zaliczył właśnie parę kolejnych zmartwychwstań.
Twórcy nie mają litości dla widza - wyzionąć ducha można z samej tylko ciekawości, czym też Księga jest. Dlaczego ma ocalić świat? Dlaczego jest najskuteczniejszą "bronią"? Wiadomo za to, że Eli-Washington jest ucieleśnieniem dobra: ze szlachetności serca a to wystrzeli z karabinu, a to z łuku, a to odrąbie komuś rękę, a to w trymiga rozprawi się z bandą kilkunastu osiłków. Czyste ma bohater serce i czyste ciało - męskie barachło notorycznie tu kobiety kopie, ciągnie za włosy i gwałci, a on nie: gdy zostanie sam na sam z bardzo niedziewiczą już Solarą, nie rzuci się na nią, nie skorzysta z zaproszenia do plugawych zabaw. Bo savoir-vivre ma w małym palcu - nawet na banalne pytanie o wiek potrafi odpowiedzieć z poezją typową dla mistrzów: "Thirty winters since the flash".
Największy żal mam do reżyserów o parę przeuroczych staruszków, którzy przetrwali wszystkie kataklizmy, bo wiedzą, jak sobie radzić w życiu: przed domem mają dla nieproszonych gości pułapkę zapadkę, za domem cmentarz ukatrupionych przez siebie oprychów ("to dobrze użyźnia glebę"), a w lodówce resztki ludzkiego mięsa trzymane na czarną godzinę. I żyliby sobie długo i szczęśliwie, gdyby nie Księga. Może i święta, może i ważna, ale na miłość boską: są granice.