Jeśli ktoś spodziewa się po filmie Jessiki Hausner (zwycięzca zeszłorocznej edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego) religijno-katolickiej cepelii, będzie srodze zawiedziony. "Lourdes" kręcone było co prawda w słynnym sanktuarium we Francji, opowiada o pielgrzymce chorych po uzdrowienie, ba, mówi nawet o cudzie, na który w Lourdes wszyscy przecież liczą - a jednak nie ma w tym filmie nic z lukrowanego kiczu i sentymentalnej łzawości. Hausner obserwuje pielgrzymów na chłodno i z pozycji sceptyka stawia pytania o granice między wiarą a religijnością, cudem i zwykłą iluzją.
Wyjazd do Lourdes przypomina wycieczkę turystyczną - tak zresztą traktuje pielgrzymkę główna bohaterka Christine (świetna Sylvie Testud), chora na stwardnienie rozsiane dziewczyna, która wolałaby jechać do Rzymu. Nie jest osobą ani religijną, ani - jak można przypuszczać - wierzącą: zadziwiająco za to wydaje się ze swoim losem pogodzona. Wśród tysięcy chorych i czekających na uzdrowienie wyróżnia się nie tylko swoim czerwonym kapeluszem - jeśli na coś w Lourdes czeka, to na okazję, żeby zbliżyć się do przystojnego wolontariusza.
Cała pielgrzymka okazuje się skrupulatnie przygotowana - zamiast duchowych uniesień na Christine czekają religijne rytuały, nieustanne kolejki, tłum ludzi, w którym człowiek jest tylko częścią prowadzonej za rączkę masy. Z drugiej strony są tu również ci, którzy wierzą naprawdę - wśród nich bardzo ważna w filmie Cecile (Lowensohn) ukrywająca swój osobisty dramat pod maską oschłej organizatorki.
"Lourdes", w którym nie ma żadnego morału ani taniego przesłania, ma w sobie intrygujący, prowokacyjny ciężar. Hausner pokazuje przecież, że czasem najtrudniej uwierzyć w miejscu najbardziej świętym. Że religijne rytuały niewiele mają wspólnego z samą wiarą. I że wyjazd do Lourdes przypomina w jakimś sensie zakład z Panem Bogiem - wierzę, poświęcam się i czekam na uzdrowienie.
Tymczasem los - twierdzi reżyserka - jest niewytłumaczalny i kapryśny. Cudem "nagrodzony" może zostać ktoś, kto z pozoru wcale na ten cud nie zasługuje. I na dodatek nigdy nie wiadomo, czy to faktycznie cud, czy może przypadek, chwilowy powrót do zdrowia, ryzykowny żart siły wyższej.
Kiedy rozmawiałem o tym z reżyserką, stanowczo zaprzeczyła: "Z całą pewnością los nie ma poczucia humoru!". Zresztą nawet jeśli zdarzają się w "Lourdes" momenty zabawne (ksiądz, który śmieje się z opowiadanego przy stoliku żartu o Maryi: "Lourdes? Nigdy tam nie byłam!"), wszyscy bohaterowie filmu - wierzący i niewierzący - wydają się "opuszczeni przez Boga". Jedni reagują na tę samotność religijną pobożnością, inni niekończącymi się wątpliwościami (przez cały film przewijają się starsze panie, które nawet nagranemu na wideo wyznaniu uzdrowionego mężczyzny nie chcą dać wiary), jeszcze inni - zatopieniem w tym, co świeckie, przyziemne, ludzkie.
Jessice Hausner, która po ojcu, znanym malarzu Rudolfie Hausnerze, odziedziczyła niezwykłą wrażliwość wizualną, udała się skądinąd rzecz niebywała: "Lourdes" może spodobać się zarówno wierzącym, jak i ateistom, katolikom i zaciekłym antyklerykałom. Gdyby nie rozmowa z reżyserką, nie wiedziałbym zresztą, do której grupy ona sama należy - sceptycyzm, którym przesiąknięty jest ten film, ma wydźwięk uniwersalny. I pewnie dlatego wbija w fotel.