Moja krew ****

PAWEŁ T. FELIS
2010-01-29, ostatnia aktualizacja 2010-01-29 18:18
Kadr z filmu 'Moja krew'
Kadr z filmu 'Moja krew'
materiały promocyjne

Film brutalny i zarazem finezyjny, świetnie zrealizowany, przede wszystkim jednak przekorny, czego niektórzy koledzy po piórze uporczywie nie chcą zobaczyć.

Moja krew
Moja krew
Moja krew
Moja krew
Filmy


Zrobiony z bolesną furią, która rozsadza zwłaszcza głównego bohatera Igora (dla świetnego Eryka Lubosa to pierwsza, więc późna główna rola w kinie i od razu wyróżniona Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego).

"Boks to wszystko, co mam" - tłumaczy Igor, gdy po jednym ze starć musi definitywnie zakończyć karierę. Wścieka się, tłucze przedmioty i ludzi. Nie chodzi jednak o boks, ale o świadomość życia, którego nie da się już naprawić. "Dam ci papiery, jeśli urodzisz mi dziecko" - mówi bokser do poznanej w autobusie, pracującej nielegalnie na stadionie Wietnamki. Rzuca słowa jak ciosy, proponuje małżeństwo jako kontrakt. Chce sprawiać wrażenie, że kontroluje wszystko, więc konsekwentnie gra rolę macho - od początku do końca jest to jednak maska przeraźliwie smutna. Wszystko, co nie jest "męskie", Igor zagłusza wódką, brutalnym seksem. Nosi Lubos tę hardość jak skorupę, która w końcu nie chce się od niego odkleić.

Pomysł ojcostwa nie pojawia się przypadkiem - kiedyś Igor zlecił swojej kochance aborcję. Teraz próbuje spłodzić dziecko, żeby zostawić po sobie coś więcej niż rozwalone mordy bokserskich przeciwników. Chce też zrehabilitować się wobec przyjaciela, którego kiedyś zdradził. Ze szlachetnych pobudek zmienia się więc w demiurga, który zaczyna układać życie innym. Tyle że unieszczęśliwia wszystkich po kolei. A może jednak nie?

Ciekawe, że właśnie o filmie Wrony czytam tu i ówdzie, że to kino brutalnie "szowinistyczne" - jakby komentujący go oglądali "Moją krew" tylko do połowy. A przecież najważniejszy jest tu moment, gdy stuprocentowy samiec musi tę swoją "samczość" odpuścić. Porzucić mityczne mrzonki, że męskość tylko wtedy jest pełna, gdy spłodzi dziecko (najlepiej syna). Tytuł okazuje się koniec końców ironiczny - słowa "moja" i "krew" wcale nie muszą iść w parze.

Jest w tym brawurowo sfotografowanym (zdjęcia Pawła Flisa) filmie coś w rodzaju wściekłego krzyku wydartego z ust zawiedzionych i zdradzonych (przez samych siebie!) facetów: niby wszystko tu załatwiają między sobą, niby traktują kobiety jak przedmioty, a przecież każdy po kolei przegrywa. Nawet jeśli finał wydaje się zbyt rozmyty, może zbyt sentymentalny, widzę w "Mojej krwi" furiacki obraz mężczyzn, którzy wiedzą, że mit macho dawno się skompromitował, ale nie mają pojęcia, czym go zastąpić. Jestem bardzo ciekaw, co w kolejnym filmie Marcin Wrona z tą pustką zrobi - i w jaką stronę swój filmowy język rozwinie. Na razie wydaje się - oprócz Sławomira Fabickiego - najbardziej "amerykańskim" reżyserem w naszym kraju, co nie jest oczywiście zarzutem: widać, że długo czekając na debiut, nabrał warsztatowego rozmachu, który u nas wciąż jest rzadkością.

Polska 2009. Reż. Marcin Wrona. Aktorzy: Eryk Lubos, Luu De Ly, Wojciech Zieliński, Marek Piotrowski, Krzysztof Kolberger, Joanna Pokojska