Jeśli jest w tej bajce coś zaskakującego, to punkt wyjścia - wyjątkowo inteligentny chłopak Toby (nauczyciel w szkole: "Geniusz - jak jego ojciec"), który w sekundę rozwiązuje szkolne testy i potrafi przeprogramować robota tak, by zawiózł go na ważną naukową konferencję, już w pierwszej części ginie. Za chwilę jego ojciec konstruuje jednak "Toby'ego bis" - robota, który do złudzenia przypomina jego syna. Tu właśnie zaczyna się to, co najbardziej przewidywalne - rozprawa dziecka-robota ze złem (symbolizuje je bezduszny Stone), niebezpieczne wyprawy w nieznane, oglądane przez tłumy potyczki robotów i gigantyczne maszyny, które Astro Boy próbuje powstrzymać
David Bowers krąży jak ćma wokół pytań, które twórcy kina science fiction zadają od dziesięcioleci. Czy można "uczłowieczyć" roboty? Jak wyglądałby świat, gdyby sztuczne inteligencje przejęły nad nim kontrolę? Świat "Astro Boya" sam w sobie jest zresztą daleki od realizmu - wszystko rozgrywa się przecież w przestrzeni zbudowanej przez ludzi, którzy postanowili stworzyć lepszą wersję Ziemi. Imponujące technologicznie Metro City ma oczywiście udowodnić niedowiarkom, że rozwój za wszelką cenę jest ślepą uliczką, a ważniejsze od wynalazków są rzeczy - i uczucia - najprostsze.
Szlachetne to, ale mimo przeszarżowanej, wizualnej fantazji twórców - porywające przeciętnie. A przecież chłopiec-robot, będący niczym innym, jak unowocześnioną wersją Pinokia, robi karierę na świecie (poczynając od Japonii) już od ponad pół wieku. Może zanadto wypłowiał?