Po irlandzku - znaczy: pani prosi pana. Tak przynajmniej, pobrawszy lekcje z internetu, wyobraża sobie irlandzką tradycję Anna (Adams), której do szczęścia brakuje oświadczyn ukochanego kardiologa Jeremy'ego (Scott). Ale kardiolog w sprawach sercowych jest dyletantem, zamiast pierścionka i "czy za mnie wyjdziesz?" daje w prezencie kolczyki i zmyka na konferencję do Dublina. Anna biegnie więc za nim - z Bostonu do Dublina droga jednak daleka, a po drodze turbulencje w samolocie, uciekające pociągi, obcesowi taksówkarze i obowiązkowe taplanie się w błocie
Śmieszne to jak sto diabłów i zaskakujące przeraźliwie - jak tu zresztą wytrwać w wierności do chirurga, skoro na drodze pojawia się irlandzki sobowtór Sebastiana Karpiela-Bułecki? Bułecka, znaczy Jim (Lithgow), z poukładaną paniusią ze Stanów poczyna sobie lekko, ale w drodze do Dublina towarzyszy jej jak zniechęcony pies: czasem poszczeka, czasem zaskomli, to znów odegra przed irlandzkimi tradycjonalistami rolę zakochanego męża (ach, ten pocałunek!). Smutne najbardziej, że odgrywająca tę toporną (kto chce prawdziwego filmu o niepocztówkowej Irlandii, niech poczeka na "Nic osobistego" Urszuli Antoniak) komedyjkę Amy Adams świetnie się, jak się zdaje, tą błazenadą bawi. No cóż, przynajmniej ona.